Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o życiu. Pokaż wszystkie posty

RODZINA KONSERW I JA + ZUPEŁNIE NIEKONSERWATYWNA SAŁATKA



Moja rodzina to konserwy. Konserwy kulinarne. Chwilowe przebłyski otwartości na gastronomiczne nowości wykazuje mój tata, pod warunkiem jednak, iż nowości te serwowane są w innym domu, niż jego własny. W moim rodzinnym domu zatem, od zawsze królowały (i chyba już zawsze królować będą) schabowe i rosół. W tym też domu wychowałam się ja. Gastronomiczna eksperymentatorka, uwielbiająca poznawać nowe smaki i której wspomnienia z podróży wiążą się zazwyczaj z...jedzeniem. Po kim to mam? No nie po rodzicach. Skąd mi się to wzięło? Teorie na to mam dwie. 

Teoria pierwsza - uwarunkowania genetyczne. Dziadek mój- cukiernik ze smykałką do gotowania, podobno potrafił wyczarować najlepsze dania. Co prawda tradycyjne, ale czasy raczej nie skłaniały wówczas do szaleństw w kuchni. Niestety, nigdy nie dane mi było przekonać się o tym osobiście. Mogę wierzyć jedynie rodzinnym opowieściom. 

Teoria druga -  potrzeba matką wynalazku. Skoro mama moja (sorry, mamuś) ręki do gotowania nigdy nie miała (choć ma swoje popisowe dania, jej gołąbkom i sernikowi żadne inne nie dorównają), to ja, z ciągłymi skłonnościami do diet i zdrowego odżywiania, musiałam sobie jakoś radzić. I z biegiem czasu przymus ten przerodził się w wielką miłość, która trwa do dziś. 

A jak się w tych moich kulinarnych zapędach odnajduje małżonek mój? Niegdyś zdeklarowany mięsożerca, dla którego największym prezentem był obiad w stylu kotlet schabowy, ziemniaki i buraczki, dziś z radością pałaszuje gryczane placuszki, spaghetti z cukinią czy arbuzową sałatkę. Od czasu do czasu nachodzi go ochota, sięga po kawał schaboszczaka, po czym deklaruje - nigdy więcej ;)

I właśnie z tą kontrowersyjną być może dla niektórych sałatką dziś do Was przychodzę. My uwielbiamy. Dajcie znać, czy również lubicie takie połączenia :)







Składniki (dla osób 2,5) 

-pół pokrojonego w kostkę arbuza mini (te nadają się najlepiej, bo nie mają pestek i nie trzeba się męczyć z ich wydłubywaniem),
-2 łyżki pokrojonych na pół czarnych oliwek,
-ok 100. g   pokrojonej w kostkę fety,
 -ugotowany makaron świderki (ilość zależy od poziomu głodu),
-kilka listków świeżej bazylii, 
-pieprz i sól do smaku, 
- dla odważnych - pół małej cebuli pokrojonej w piórka. 

Wszystko wymieszać. Zajadać najlepiej od razu i wzbudzać kontrowersję ;)







TRZY MIESIĄCE I MALINOWA TARTA MUST HAVE


W czasach, gdy chodziłam do szkoły (a było to zadziwiająco dawno temu), liczyły się dla mnie dwa miesiące w roku. I to chyba oczywiste, że miesiącami tymi były lipiec i sierpień. Czas wakacji. Z chwilą ostatniego dzwonka w szkole zaczynało się dla mnie prawdziwe życie. I choć większość moich wakacji spędzałam po prostu w domu, to był to wspaniały czas. 
Dzisiaj, szczęśliwie dla mnie, okres ten wydłużył się o jeszcze jeden miesiąc. Dołączył do tego grona czerwiec. Pytacie dlaczego trzy miesiące, a nie 12? No bo ja niestety, jestem stworzeniem ciepłolubnym, dla którego właściwa temperatura do życia to minimum 20 stopni, a najlepiej czuje się przy 26-28. No co ja poradzę, że zimnem gardzę? Tak więc zostają mi trzy miesiące, podczas których oddycham pełną piersią, cieszę się z każdego promienia słońca a i deszcz nie jest mi wówczas taki straszny. I właśnie w te trzy miesiące trzeba tyle upchnąć. Jest wówczas tyle rzeczy do zrobienia, tyle miejsc do odwiedzenia, wycieczek do zorganizowania, koszy piknikowych do spakowania, stragany uginają się od kolorowych owoców, które chciałoby się jeść codziennie, na śniadanie, obiad i kolację, a tu jeszcze gdzieś trzeba przecież zmieścić w żołądku te pyszne warzywa, na które czeka się cały rok. Do tego ludzie jakoś chętniejsi do odwiedzin, do wspólnego biesiadowania przy... grillowych oparach,a tu jeszcze trzeba wspomnieć o czekających na przeczytanie książkach, których coraz więcej na półce, a które jakoś najlepiej "wchodzą" mi właśnie w lecie :) No i jeszcze jedno. Remonciki. Kiedy, jak nie teraz? Przecież lepsze światło, farba szybciej schnie... (zatem i my mamy coś zamiar zmalować).

I jak to wszystko wszytko upchnąć w te 3 miesiące... ba w 13 weekendów? No jak? 
Dlatego tak rzadko tu bywam ostatnio. Wybaczcie. Ale muszę trochę "pożyć" ;)
Zostawiam Was z przepisem na moje sezonowe "must have" a raczej "must to do", czyli...

TARTĘ Z KREMEM PATISSIERE I MALINAMI 



Jak zrobić:
1. Krem pattisiere:
składniki:
300 ml mleka
3 żółtka
4 łyżki mąki
4 płaskie łyżki cukru/ klsylitolu

Zagotować mleko. W oddzielnym, większym garnku zmiksować żółtka z cukrem na biały puch. Dodać mąkę i ponownie zmiksować. Wlać zagotowane mleko. Zmiksować. Gotować kilka minut na niewielkim ogniu, cały czas mieszając. W tym czasie krem powinien zgęstnieć.

2. Ciasto:  (blaszka o wymiarach 11 x 35 cm)
składniki:
-ok. 100 g masła
- 250 g mąki pszennej (ja użyłam pełnoziarnistej)
- 1 jajko
- szczypta soli
-2 łyżki cukru/ ksylitolu
- łyżka kakao

Do miski przesiać mąkę z kakao i solą. Dodać cukier i pokrojone w kostkę zimne masło. Rozetrzeć składniki na kruszonkę. Dodać żółtko jajka i szybko zagnieść ciasto. Rozwałkować ciasto, wyłożyć na posmarowaną masłem blaszkę. W cieście zrobić widelcem dziurki. Blaszkę włożyć na ok. 30 min do lodówki. Po tym czasie piec w piekarniku nagrzanym do 180 st przez ok 30 min.

3. Na wystudzone ciasto wylać zimny krem pastissiere. Położyć maliny.
4. Jeść, najlepiej w doborowym towarzystwie, ciesząc się urokami lata :)













DLACZEGO WARTO PODRÓŻOWAĆ Z DZIECKIEM


Pomijając podróże naszego syna, gdy plumkał sobie jeszcze w moim brzuchu, dwie "poważne" wyprawy ma już za sobą. Kiedyś, daaawno temu, gdy dzieci nie były nam jeszcze w głowie, mówiliśmy, że ewentualne przyszłe potomstwo będziemy podrzucać do dziadków, a sami... hulaj dusza, piekła nie ma i w drogę!
Ha, ha, ha! Teraz nie wyobrażamy sobie tego, że moglibyśmy go zostawić na tydzień czy dwa. 
Nie będę tu jednak słodzić i opowiadać, że podróżowanie z dzieckiem to sama przyjemność, relaks  i wypoczynek. Bo nie oszukujmy się. Nie zawsze tak jest. Choć wcale nie mówię, że jest źle.  O nie. Przeciwnie! Jako że nie jesteśmy podróżnikami typu " all inclusive, leżak, drink z palemką w jednej ręce, olejek do opalania w drugiej", ciągle nas nosi, a trzy godziny bez przerwy tzw. plażingu to dla nas max, to wakacje z dzieckiem są dla nas naprawdę świetną sprawą. Nie straszne nam poranne wstawanie, śniadania o 6.30, ciągły ruch, spacery itd. itp. 

Jest jeszcze kilka zalet podróżowania z dziećmi, o których poniżej:

1. Kwestie finansowe - podróżowanie z małym dzieckiem, czyli takim do 2 lat, to w rzeczywistości minimalny koszt dodatkowy. Przelot samolotem niemal bezpłatny, wszelkie wejściówki - free, miejsce w pokoju hotelowym - również. No gorzej jest już z dziećmi starszymi. Ale o tym nie piszę, na razie cieszę się tym, że nasz jeszcze tego wieku nie osiągnął ;)

2. Nie czekasz w kolejkach - co prawda nie wszędzie, ale jest wiele takich miejsc, w których będąc z dzieckiem nie czekasz w kolejce (przykładem może być np. kolejka podczas wsiadania do samolotu). W Paryżu osoby z dzieckiem w wózku wpuszczani są bez kolejki do wszystkich muzeów (i tak dzięki naszemu kochanemu synowi, nie czekaliśmy dwóch h w mega długiej kolejce do Musee d'Orsay tylko ładnie nas poproszono o przejście bokiem. Aż chciało się pomachać wszystkim innym, smażącym się w 40 st upale).

3. Łatwiej nawiązać kontakty lub coś załatwić - to fakt, w większości miejsc, ludzie widząc dziecko, uśmiechają się, są życzliwsi, pomocni, zagadują. No bo jak tu przejść obojętnie obok uśmiechniętego, gadającego nieustannie w swym własnym języku malca, jak nie pomóc jego "biednym" rodzicom? ;) Nam, cudowna właścicielka pensjonatu, w którym mieszkaliśmy w Chorwacji nawet pranie zrobiła, bo przecież "dzieci tyle brudzą". 




4. Nigdy się  nie nudzisz - nawet jakbyś chciała się ponudzić, to  zapomnij! A to trzeba przebrać, bo całe umazane lodami, a to porzucać razem kamyki do morza, a to poobserwować mrówki, a to biegać za nim po schodach, w górę i w dół i znowu w górę i w dół... Zawsze jest coś ciekawego do zrobienia.

5. Nie ma problemu z zasypianiem w nowym miejscu. Bo jak już się nabiegasz po tych schodach to padniesz o 21 razem z dzieckiem (albo i przed nim).

6. Nie ma obawy, że się "spalisz", leżąc plackiem na plaży. Zamiast tego wrzucanie kamyczków, robienie babek z piasku (tudzież kamyczków), przeskakiwanie przez fale itd. Choć ja przyznaję, miałam swoje 5 minut plażingu, takiego pełną gębą (czyli nieruchomego leżenia i opalania się). Po 5 minutach miałam jednak dość i rzuciłam się do wody ;)

7. I ostatnia, jakże ważna kwestia dla nas Drogie Panie - nie przytyjesz. Bo jak już się nabiegasz, nagonisz za tym swoim uciekinierem, to jeszcze jak przyjdzie pora obiadu, to Ci zeżre bezczelnie pół talerza krewetek. Aaa no i do tego dochodzi korzyść zwłaszca dla panów - czyli ćwiczenie bicków podczas noszenia naszych drogich pociech, którym albo nóżki bolą, albo chodzą tak wolno, że już cierpliwości brak.






No to by chyba było na tyle. 

Mam nadzieję, że tym wpisem przekonałam tych nieprzekonanych, że podróżowanie z dzieckiem naprawdę ma same zalety ;)
 
 
 

OJCIEC XXI WIEKU




Zastanawiałyście się kiedyś moje Drogie Panie (I Panowie oczywiście, o ile jakiś tu zagląda ;)), jak bardzo odmienny jest współczesny tata od tego sprzed chociażby 30 lat? Czy statystyczny ojciec z tamtej "epoki" potrafił zmienić pieluchę, nakarmić, utulić do snu? 
Często słyszę od innych kobiet, matek, jak to mają ciężko, ile to rzeczy muszą w ciągu dnia zrobić, ile wymaga od nich współczesny świat. I pewnie tak jest. Wcale w to nie wątpię. Ale czy zastanawiałyście się, czy i również współczesny mężczyzna - ojciec nie ma obecnie znacznie ciężej, niż było to pół wieku temu? Jak bardzo zmienił się obraz ojca? Ileż to nowych obowiązków mu przybyło? Ciężko pracuje, nieraz do późnych godzin, by dać swej rodzinie to co najlepsze, już nie przypala wody w czajniku, potrafi coś ugotować (a są i takie przypadki, którym lepiej to wychodzi niż niejednej Pani), umie obsłużyć zmywarkę czy pralkę, dba o dzieci, pielęgnuje je, bez problemu zajmuje się nimi pod nieobecność mamy. Do tego nadal pozostał mężczyzną. Wie, co to wiertarka, młotek czy kosiarka. Oprócz tego wszystkiego i on znajduje czas na swoje pasje. A do tego już nie wygląda jak "Janusz z wąsem". Nie obce mu mydło, woda toaletowa czy różne specyfiki do nadania odpowiedniego kształtu swojej fryzurze, których nawet ja nie umiem nazwać :) No i jeszcze jakaś siłownia, rower czy jogging, bo przecież i o kondycję współczesny tata musi dbać (w końcu trzeba mieć siłę na wielogodzinne noszenie swych pociech na rękach chociażby na wakacjach, kiedy już małe nóżki nie mają siły, albo chęci :))
 
Pamiętajmy o tym wszystkim, nie tylko w dniu Ich święta.
 




A ten wpis dedykowany jest mojemu mężowi,  który tak, jak nikt inny potrafił uspokoić naszego syna w pierwszych tygodniach jego życia szumiąc mu do uszka. Temu, który nagle odnalazł w sobie ogromne pokłady cierpliwości (o istnieniu których nie miałam pojęcia ;)) Temu,  który robi najfajniejsze huśtawki, najwyżej podrzuca, i z którym kąpiel to najlepsza zabaw. Temu, który potrafi nosić te prawie 11 kg na swych rękach godzinami. Temu, który jest najlepszym tatą, jakiego mogłabym wybrać dla swoich dzieci.



BO CZAS TO NAJLEPSZY PREZENT

 
Nie było prezentów (nie licząc kolejnej niewielkiej książeczki z Jego ulubionej serii), nie było nowych gadżetów, klocków, samochodzików, kredek, pluszaków, tych wszystkich niezwykle "potrzebnych" drobiazgów, które chłopiec w Jego wieku "musi mieć". 
Bo Jemu to wszystko potrzebne nie jest. Jemu potrzebni jesteśmy my, nasz czas i uśmiech. 

Zatem były gofry na II śniadanie, było wspólne robienie knedli z truskawkami na obiad, była zabawa z masą solną (która chyba musiała bardzo smakować, bo ciągle jakoś brudne rączki trafiały do buzi), było szaleństwo z tatą, który robi najlepszą na świecie huśtawkę  z własnych rąk... i mimo choroby, która uziemiła w domu, chyba było fajnie... 
 
 

 

 


Bo czasem wystarczy po prostu mieć... czas :)



SZTUKA WYBORU



Zmyć podłogę? Upiec ciasto? Pomalować paznokcie? Poćwiczyć? Napisać post? Posiedzieć w internecie? A  może olać to wszystko i po prostu poczytać książkę?
Są takie dni, gdy jakoś cudownie na (prawie) wszystko mam czas. Gdy wszystko idzie, jak w harmonogramie, gdy ręce same rwą się do pracy, a dziecko grzecznie się bawi. Są też i takie dni (których kosztuję ostatnio), kiedy podczas 2 godzinnej drzemki syna zastanawiam się, za co się zabrać i tak miotam się, miotam, a czas leci. I w końcu się budzi mój marudek. A potem nie ma zmiłuj. A potem trzeba iść na plac zabaw. Bo dzień bez placu zabaw, to nieszczęście, istna tragedia! A potem obiad, zabawa, obowiązkowe pół godzinki "tulkania", powrót taty, kolacja, usypianie, sen... A potem, gdy właśnie zabieram się za ćwiczenie, albo post, albo książkę, mój kochany pierworodny się po godzince budzi... i zaczyna szaleć. Chyba pełnia księżyca od kilku dni działa na  niego, bo nie ogarniam...









STUDENCKIE CZASY, CZYLI SZYBKI (ALE PYSZNY) OBIAD



Ręka do góry - kto studiował (ale z dala od domu, bo mieszkanie z rodzicami się nie liczy ;))? To pójdźmy dalej - ręka do góry - kto nie raz (i nie dwa) zastawał w lodówce wyłącznie światło? Lub też kto zajadał się kanapkami z majonezem, spaghetti z ketchupem (bo z dodatkiem ziół to już była ekstrawagancja), no  kto? 
Pamiętam te czasy jak dziś, kiedy to kawę piło się litrami (bo  przecież  jakoś trzeba było przetrwać całą noc ucząc się do egzaminu z historii sztuki średniowiecznej). A zdrowa żywność? Kto by sobie nią głowę zawracał, kiedy były inne, ważniejsze sprawy. 
Jak dziś pamiętam ten plecak, który ważył chyba tonę i który ja (metr sześćdziesiąt w butach) dźwigałam na swych barkach przez pół, znienawidzonego przeze mnie wówczas, miasta Torunia, w którym to studiowałam. Przez rok. Bo po roku przeniosłam się tam, gdzie moje serce mieszkało, czyli do Gdańska. A wtedy to już we dwójkę dźwigaliśmy te wypchane po brzegi plecaki, bo wałówa podwójna - od jednej mamy i drugiej. A w nich: słoiczki, dżemiki, obiadki... Łatwiej byłoby napisać, czego w nich nie było. No ale w końcu i zapasy się kończyły (mimo iż żywność racjonowana u nas była) i trzeba było zacząć działać samemu. 
I tak rodziły się pomysły na obiadki - szybkie, proste, ale nawet smaczne. Niektóre z przepisów przetrwały,  i dziś, mimo że już zdrowiej, mniej pospiesznie, to z chęcią do nich wracamy.
A o to jeden z nich: 




spaghetti z tuńczykiem i pomidorami: 
- makaron spaghetti
-1 duża cebula
-ząbek czosnku
-puszka tuńczyka w sosie własnym
-puszka pomidorów krojonych
- 2 łyżki przecieru pomidorowego
- jogurt naturalny
- łyżka soku z cytryny (lub więcej, jak kto woli)
-zioła suszone: bazylia, oregano
-pieprz, sól

Na patelni zeszklić cebulkę, dodać pokrojony drobno czosnek. Następnie dodać tuńczyka, chwilę podsmażać. Dodać pomidory, przecier, a na koniec jogurt i przyprawy. Sos połączyć z ugotowanym makaronem, skropić sokiem z cytryny. 
 
 
 
Bon apetitt!

Banał, prawda? Ale może jest tu jakiś biedny, głodny student, który się skusi :)




W POGONI ZA ŻYCIEM...

 

Niby tylko chwila oddechu, uspokojenia myśli, a tyle pozytywnych zmian w głowie. Nie było mnie tu tylko kilka dni, ale czas ten wystarczył, by poukładać sobie różne rzeczy w głowie, by przemyśleć kilka spraw i w końcu, by zatęsknić... i chcieć. 

Mam wrażenie, że kiedyś życie było łatwiejsze. Teraz ciągłe dylematy, presja, pogoń za pracą, za pieniędzmi, nowinkami wszelkiego rodzaju... A może tylko tak mi się wydaje? A może to tylko ja tak to wszystko odczuwam? Choć ostatnio coraz mniej mnie obchodzi ta presja otoczenia, ta ciągła gonitwa za "króliczkiem". Chociaż w sumie nie do końca. Bo ja chcę gonić, tylko że życie... 

Czy w dzisiejszym świecie jest w ogóle realne tzw. slow life? Mam nadzieję, że tak. I nie mówię tu o leżeniu na kanapie przez cały dzień i nic nie robieniu, a raczej o uspokojeniu myśli, o osiągnięciu pewnego stanu ducha, o harmonii i byciu naprawdę szczęśliwym. 

Kiedyś bardzo przejmowałam się tym, co powiedzą inni. Pewność siebie? A co to w ogóle jest - mogłabym rzec. Teraz, mimo że jeszcze nie jest idealnie i do tej pewności siebie jeszcze trochę mi brakuje, to jest lepiej. A kto mi w tym pomógł? On. Ten mały człowieczek. Odkąd jest z nami, wszystko wydaje się jakby łatwiejsze z jednej strony, a z drugiej wiele rzeczy przestało mieć naczenie. Wraz z jego pojawieniem się, wstąpiła we mnie jakby jakaś siła.  Bo w końcu urodziłam go, co nie? To z innymi rzeczami sobie  nie poradzę? ;)





Pozdrawiam! 




 

NIE CHCĘ MUSIEĆ. CHCĘ CHCIEĆ.



Chcę cieszyć się chwilą. Tym, co tu i teraz. Tym, że tak niewiele muszę, a tak wiele mogę. Nie chcę robić nic na siłę. Jedyne, co muszę, to żyć w zgodzie ze sobą  oraz dbać o to, by dobrze żyło się moim bliskim. Tylko tyle, ale to najważniejsze.
Ostatnio, mam wrażenie, że zabrnęłam w ślepy zaułek. Chciałam tu bywać jak najczęściej. Miało być regularnie, jak najlepiej... I nawet nie zauważyłam, gdy do mojego blogowania zaczęło się wkradać słowo "muszę". Ale ja nie chcę "musieć". Ja chcę "chcieć". Dlatego zwalniam. Łapię oddech. Cieszę się wiosną, długimi spacerami z synem, śpiewem ptaków w parku, chwilą z książką.  Bo jak nie teraz, to kiedy? 








O CIERPLIWOŚCI SŁÓW KILKA



Tu i teraz. Już. Natychmiast. Od zawsze taka byłam. W gorącej wodzie kąpana. Nie znosiłam czekać. Lubiłam, gdy efekty można był zobaczyć w krótkim czasie. 
Cierpliwość, żmudne dochodzenie do celu - to cechy raczej mojego męża, ale nie moje. Teraz widzę je też w Nim. Gdy przez pół godziny potrafi siedzieć i cierpliwie rozpinać wszystkie zamki w mojej torbie, by zobaczyć, jakież to skarby się w niej kryją.
On mnie jednak zmienił. Nauczył, że na niektóre rzeczy trzeba poczekać. Trochę na dzieciach się znam. Taki mój zawód. Wiem, że każde jest inne. Niepowtarzalne. Wiem też, że każde ma prawo rozwijać się w swoim własnym tempie. I choć to wiedziałam, to przez pierwsze miesiące życia syna sprawdzałam, czy osiągnął już umiejętności, które wg "mądrych" książek powinien już posiadać. Och, jak ja czekałam na jego pierwszy samodzielny przewrót na brzuszek i odwrotnie. A gdy słyszałam słowa jego pediatry: "a już powinien się obracać", a już powinien to i tamto... 

W końcu i nasz leniuszek się obrócił. Znacznie później, niż "statystyki" mówią. Wtedy się nauczyłam cierpliwości. Już wiedziałam, że to nie wyścig. Że wszystko w swoim czasie. Że czasem może nieco później, niż prędzej, ale w końcu się uda. Siedzieć zaczął bardzo szybko. Raczkować też. Wszyscy wokół powtarzali, że pewnie jeszcze chwila i zacznie chodzić. A tu nic. Naszemu leniuszkowi się nie spieszyło. Ale i mi też nie. Już wiedziałam, że się doczekam.

















 Czasem warto zwolnić, przystopować. Czasem warto nauczyć się cierpliwości.

DZIEŃ KOBIET. MÓJ DZIEŃ


W wersji z moich marzeń - śpię sobie do 8 (!), jem przygotowane przez kogoś innego niż ja pyszne śniadanko, a potem wybieram się do spa. Tam, bardzo miła pani masuje moje zmęczone nieco ciało. Inna pani robi mi paznokcie (i raz w życiu mam porządny manicure). Jeszcze inna przemiła pani zajmuje się moimi włosami. Może decyduję się na małe szaleństwo i zmieniam ich kolor? Kto wie? Po tak spędzonym dniu, udaję się do jakiejś dobrej knajpki, gdzie w blasku świec mój mąż trzyma mnie za "płetwę", jem same pyszności (oj tak, dobrze przyrządzone owoce morza mi się marzą) popijając wszystko dobrym winem...

W wersji realnej - jeszcze przed 6 budzą mnie słowa "na-na, na-na", po kilku lub kilkunastu minutach przytulasków wstaję z moim słodkim ciężarem na rękach, robię śniadanie, dzień toczy się, jak każdy inny. Jest gotowanie, sprzątanie, jest wspólna zabawa, spacer, gonitwy po domu, całusy, uśmiechy, ale i pewnie trochę złości i nerwów, bo znowu coś zbroił, bo znowu jęczy przy nodze, bo znowu nie daje pójść samotnie do kibelka... 
W wersji realnej dostaję ulubione kwiaty i coś, czego się nie spodziewałam, coś o czym marzyłam będąc na niemal dwuletnim odwyku alkoholowym, jeszcze dzień wcześniej, żebym nie pomyślała, że zapomniał i to koledzy w pracy lub głos z radia mu przypomniał...
W wersji realnej nie narzekam, bo mimo braku świetnie zrobionych paznokci, mimo odrostów na głowie, które w końcu i tak sobie pofarbuję (sama), nigdy nie byłam tak szczęśliwa i nie czułam się tak kobieco, jak teraz...




A Wy świętujecie?
Tak czy inaczej, życzę Wam cudownego dnia moje drogie!




O ZDROWEJ ŻYWNOŚCI I O TYM, JAK TRUDNO IŚĆ POD PRĄD


A to ciasto,to chyba nie z "normalnej"mąki? Nie, z takiej dla dziwolągów...

Z jednej strony panuje obecnie swego rodzaju  "moda" na bycie eko, na bycie wege, a gluten czy mleko krowie traktowane są jako samo zło.
Z drugiej jednak, są też tacy, którzy mają inną alergię. Alergię na..."zdrową żywność". Gdy tylko słyszą, że coś ma w nazwie zdrowe, z góry zakładają, że jest niesmaczne. No bo, jak coś, co zdrowe, mogłoby takie być? NO WAY!

Nie jestem weganką, wegetarianka, nie jestem na diecie bezglutenowej, a krowie mleko wręcz uwielbiam i żadne roślinne mi go nie zastąpi.
Nasza kuchnia nie jest jednak "typowo" polska. Schabowego nasza patelnia nie widziała już chyba z rok, żebereczek, karkóweczki- nigdy.
Wychowałam się w domu,  w którym panowała bardzo tradycyjna, polska kuchnia. Dość ciężka. Nie da się ukryć. Taka panuje tam nadal. Ja, gdy zainteresowałam się gotowaniem, zaczęłam szukać czegoś innego. Lubiłam eksperymenty, odkrywanie nowych smaków, nowych składników.
 Ciąża skłoniła mnie jednak do jeszcze większych zmian. Okazało się, że mam "lekką" cukrzycę ciążowa. Moje wyniki nie były straszne, jedynie lekko podwyższone. Ja oczywiście naczytałam się różnych rzeczy o ewentualnych jej konsekwencjach  i jak to ja, zastosowałam radykalną dietę.
Pieczywo, makarony,  ryż i inne zboża - jedynie razowe. Wyeliminowałam zupełne produkty o podwyższonym indeksie glikemicznym. Cukier zastąpiłam ksylitolem. Słodycze? Ewentualnie kosteczka gorzkiej czekolady (min. 70 % kakao).
Początki były straszne. Gdy udawaliśmy się do rodziny lub znajomych w odwiedziny, a tam czekał na nas świeżutki serniczek, albo czekoladki...dostawała ślinotoku. Miałam ochotę płakać. Byłam wściekła, że spotkało mnie coś takiego...
Marzyłam o słodyczach. Mówiłam, że jak już urodzę, to pierwsze co zrobię, to upiekę sobie czekoladowy tort i zjem go sama! :)
Nastąpiła "godzina zero". Pojawił się Filip. A tortu jakoś  nie zrobiłam.

Dziś już nie śnią mi się słodycze. Spokojnie przechodzę obok nich w sklepie i już jakaś tajemnicza "siła" nie mówi: "weź mnie" ;)

Smak zmienił się również mojemu mężowi. I teraz wszystko jest dla nas za słodkie (nawet sok pomarańczowy ;))
No i mamy teraz problem - ciasta mamy czy teściowej- już nie smakują, jak dawniej. Prezenty w postaci czekoladek i innych słodkości - odkładamy i wręczamy innym, bo sami nie możemy na nie patrzeć, a co dopiero je jeść.

Problem jest jeszcze jeden.
Okazuje się, że wychowanie dziecka bez nadmiaru cukru wcale nie jest takie proste. Chociaż nie, w sumie powinnam powiedzieć inaczej. Jest proste, gdy przygotowuje się wszystko samemu. Bo niestety, większość sklepowych produktów przeznaczonych dla dzieci ma w składzie cukier.
 Przypuszczam, że po to, by te dzieci od tego smaku uzależnić, by stały się "idealnymi" konsumentami, które nie przejdą obojętnie obok słodyczy znajdujących się przy kasie w markecie.

Nie jesteśmy jednak radykałami. Nie jest tak, że słodyczy nie jemy. Oczywiście, że jemy i je uwielbiamy. Jednak są to domowe słodkości (czytaj: słodkości wg nas, bo wg niektórych to one słodkie z pewnością nie są ;p).
Niestety, nie do końca rozumieją nas też inni. Zwłaszcza "starsze pokolenie". Dla nich widok wnuka zajadającego się czekoladkami czy przeznaczonymi dla dzieci "kinderkami" to sama radość.
I tylko słyszę niekiedy: "a mama dała ciasteczko"? a mama pewnie nie pozwoli dać czekoladki..."

No cóż...
Coś czuję, że prawdziwa walka jednak dopiero przed nami. Przedszkole, szkoła, rówieśnicy i inne "zdrowe" batoniki, kanapki, jogurciki...
ech...


Dlatego dzisiaj ciasteczka: zdrowe, owsiane, chrupiące, pyszne :)
Na których widok Filip mówi "mniam mniam", a serce matki się raduje ;)







Jakby ktoś był zainteresowany przepisem (choć jestem pewna, że już takie nieraz robiłyście):

składniki: 
3 jajka, 
100 g masła,
1 szkl płatków owsianych,
1,5 szkl mąki pszennej lub żytniej pełnoziarnistej,
cukier/ miód/ ksylitol - ilość wedle uznania (ja dałam ok. 3 łyżek),
+ dodatki - co kto lubi: pestki dyni, ziarna słonecznika, suszona żurawina, rodzynki, siemię lniane, sezam...

Z podanych składników zagnieć ciasto. Odrywaj małe kawałki i spłaszczaj w dłoniach. Ułóż na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i piecz ok 15 min. w temp. 180 st. 

Najlepiej smakują z ciepłym mlekiem.