PO CO NIEPRACUJĄCEJ MATCE... KĄCIK DO PRACY
O tym, jak zostałam eksmitowana (lub też sama siebie eksmitowałam, sama nie wiem jak było naprawdę) z "naszego" znajdującego się na antresoli workspace'u jak się to teraz podobno mawia, pisałam jakiś czas temu, TU. Pisałam też, jak to marzy mi się mieć swój własny kąt do pracy.
Można by zadać jednak pytanie...po co niepracującej matce kącik do pracy? No tak, po co? Bo przecież narzędzia pracy, którymi się na co dzień posługuję to odkurzacz, mop i ściera. Bo przecież moje centrum dowodzenia to kuchenny blat...
A no potrzebny mi on i już! Do równowagi psychicznej zwłaszcza. Bo fajnie jest wiedzieć, że coś w naszym wspólnym domu jest tylko moje*. Fajnie, gdy każdy ma jakiś swój własny kąt, do którego intruzom wstęp wzbroniony. Fajnie, gdy ma się miejsce, gdzie można usiąść sobie od czasu do czasu z kubkiem kawy i po prostu pomyśleć (jeszcze fajniej byłoby gdyby to nie było tylko od czasu do czasu i nie była to chwila ;p).
A więc jak już mówiłam, marzenie moje się spełniło. Mam swój kącik. Może jeszcze nie do końca urządzony, może jeszcze brakuje kilka drobiazgów (np. lampki), ale wszystko w swoim czasie.
Stolik jest? Jest! Krzesło jest? Jest! Czyli to, co najważniejsze mam :) A wcale niełatwo było zaopatrzyć się w stolik, jaki chodził mi po głowie. Biurka tradycyjnego nie chciałam, głównie ze względu na gabaryty i toporność. Marzył mi się jakiś stary stolik, koniecznie z szufladą, który jednak nie kosztowałby majątku. Szukałam, czekałam, znowu szukałam i znowu czekałam. I znalazłam. Wystarczyło nieco przemalować i stary, kuchenny stolik pamiętający czasy PRL-u stanął w naszej sypialni, by teraz pełnić zaszczytną rolę mojego biureczka. Krzeseł u nas pod dostatkiem, bo kupując do jadalni, kupiliśmy ich chyba... z 11. A że ostatnio mam nieco niedosyt kolorów w moim wnętrzu, to wybrałam nie białe, a pomarańczowe. Wiem, że wiele osób nie przepada za tym kolorem. Ja jednak,mimo że pastele lubię, to jakoś nie widzę ich u siebie w domu. Zatem oprócz bieli, czerni i szarości jest także kropla pomarańczy i...odrobinka różu.
To tyle. Idę się relaksować. W końcu mamy urlop nr 2 :)
*taaak... tylko moje. Pomarzyć dobra rzecz... Dziecię moje chyba biureczko ME również polubiło i teraz tylko myk cyk i już jest na krześle, już otwiera szufladkę i nucąc sobie coś pod nosem odkrywa, jakież to skarby tam na niego czekają. Zatem, gdy coś za długo jest cicho, to wiem, gdzie go znajdę... Ech... to miałam sobie swoje miejsce. Chyba trzeba pomyśleć o stoliku dla niego ;)





