Nasze małe - wielkie święto już w najbliższy weekend, więc zaczynam przygotowywać dekoracje na urodzinową imprezkę :)
Pomyślałam, że zrobię coś jeszcze.
Często wydaje nam się, że nasza pamięć jest bez zarzutu. Że skoro coś jest dla nam ważne, to na pewno to zapamiętamy. Nic bardziej mylnego. Niektóre wspomnienia bardzo szybko gdzieś ulatują.
Ostatnio często pytamy naszych rodziców, jacy my byliśmy w wieku naszego syna, jak wyglądaliśmy, czy spaliśmy w nocy, kiedy pojawił się nasz pierwszy ząbek...
I co...? Zdarza się, że nasze mamy nie potrafią odpowiedzieć na nasze pytania. A i bywa tak, że dzieci im się mylą i nie wiedzą, które to biegało już w wieku 10 miesięcy ;p
Dlatego też, aby ustrzec się przed takimi sytuacjami w przyszłości, zrobiłam taki mały "plakacik" zawierający najważniejsze wg nas informacje o naszym F.
A i goście dowiedzą się czegoś przy okazji o solenizancie.
Zachęcam Was do zrobienia podobnych plakatów, czy po prostu notatek dla sowich łobuzów, bo jest to naprawdę świetna zabawa.
Przy okazji możemy sprawdzić, czy na pewno znamy swoje dziecko ;)
Już kiedyś pisałam, że ze mnie to taka Zosia samosia ;)
I tym razem nie mogło być inaczej.
Już od jakiegoś czasu miałam ochotę na jakieś nowe kubeczki, w sam raz na poranną kawkę.
Długo szukałam i ciągle coś mi nie pasowało: a to cena, a to wygląd.
Więc postanowiła je zrobić sama. Ok, nie całkowicie. Kubki kupiłam i ozdobiłam.
Użyłam
do tego flamastrów do porcelany. Nigdy wcześniej nie miałam z nimi do
czynienia i ciekawa jestem, jak będzie z trwałością. Mam jednak
nadzieję, że trochę nam posłużą.
Zgadnijcie, który jest dla męża? ;)
(trochę "koślawy", bo dopiero się wprawiałam)
Jeśli komuś spodobały się kubki, zapraszam już w niedzielę - szykuje się mała niespodzianka :)
A ja nadal w temacie Świąt. Mam nadzieję, że Was nie zanudzam? ;) No ale kiedy cieszyć się nadchodzącym Bożym Narodzeniem, jak nie teraz?
Ja zdecydowanie jestem zwolenniczką wkraczania w ten magiczny nastrój wraz z początkiem grudnia. Nie wiem, czy też tak macie, ale mnie najbardziej cieszy samo przygotowanie do Świąt, a same święta... zawsze tak szybko mijają, że niekiedy nawet nie mam czasu się nimi nacieszyć.
A świętowanie po świętach to już nie to samo. A już na pewno nie rozumiem procederów, z jakimi niejednokrotnie spotkałam się w mojej dzielnicy, czyli dekorowania domów 23/24 grudnia i pozostawiania ich... do połowy marca (tak, to nie pomyłka) ;)
Dlatego zaplanowałam jeszcze sporo świątecznych postów (mam nadzieję, że jednak ktoś je będzie czytał) ;)
A dziś niezwykle proste w wykonaniu ozdoby choinkowe z masy solnej. Jeśli ktoś z Was robił podobne w szkole, to wie, jakie to banalne, a kto nie - to niech spróbuje!
Super pomysł na spędzenie czasu ze swoimi pociechami (ja niestety na mojego pomocnika muszę jeszcze poczekać z rok albo i dwa ;))
A dla zainteresowanych - przepis na masę solną:
1 szkl soli
1 szkl mąki pszennej
ok. pół szkl wody (masa nie powinna kleić się do rąk)
Wszystko wymieszać, ulepić kulę, rozwałkować i wycinać, co tylko Wam przyjdzie do głowy.
Ja użyłam foremek do pierniczków. Podpowiem tylko, że dziurki na zawieszkę robi się bardzo łatwo za pomocą plastikowej słomki do napojów :)
Piec w temp. 170/180 st., ok. 10 min (czas zależy od grubości ozdób, w trakcie pieczenia warto sprawdzać ich stan).
Tak się składa, że 1 grudnia przypadają moje imieniny i od kiedy tylko pamiętam zawsze dostawałam ten sam prezent - kalendarz adwentowy z czekoladkami :) Przyznam, że ten zwyczaj był u nas praktykowany nawet, gdy delikatnie mówiąc, nie byłam już małą dziewczynką... ;)
Jako dziecko uwielbiałam codziennie rano niecierpliwie szukać odpowiedniego numerka, odgadywać kształt czekoladki i oczywiście w pośpiechu ją zjadać.
Dziś wracam do tej tradycji, jednak po raz pierwszy zdecydowałam się zrobić taki kalendarz własnoręcznie. Na razie tylko dla nas, ale już w przyszłym roku będzie i kalendarz dla Filipa. Zastanawiam się tylko, kto będzie miał większą frajdę - ja czy on? :)
Osobiście nie jestem zwolenniczką kalendarzy z drogimi prezentami w środku. Dlatego też nasz będzie "wypełniony" słowami :)
W każdą torebeczkę zarówno ja, jak i móż mąż, powrzucamy karteczki, na których napisaliśmy dla siebie jakieś miłe rzeczy :) bardzo jestem ciekawa, co tez mój M. wymyślił na te 24 dni... :)
Po cichu powiem tylko, że dla Niego przygotowałam jeszcze jakieś małe słodkości na każdy dzień - tak w ramach osładzania sobie życia ;)
A po więcej zdjęć z naszych przygotowań do Świąt i nie tylko zapraszam na mój profil na
Instagramie :)
Mała, prawie niezauważalna zmiana, a jakoś przyjemniej, przytulniej i ... milej w dotyku :)
Stał sobie smutny w kąciku. Przydatny, gdy odwiedzała rodzina, służył pomocą w codziennych ćwiczeniach męża. Ale nie przepadałam za nim. Muszę przyznać, że to... coś skóropodobnego nie dodawało mu uroku. Już od ubiegłej zimy miałam w planach odziać go w coś cieplejszego. Niestety, fajnym, fikuśnym futerkiem nie dysponowałam, więc ubrałam go w sweterek. Szkoda tylko, że nie szary, bo w takim kolorze widziałabym go najchętniej. No, ale że osiedlowy "lumpek" dysponował jedynie kremowym - jest taki :)
A tu jeszcze w aranżacji z butelką, której nowe oblicze możecie zobaczyć na Instagramie :)
Witam wszystkich w ten jakże miły dla mnie dzień :) Mam nadzieję, że i u Was słońce za oknem :)
Dzisiaj pokazuję to, co udało mi się zrobić w zeszłym tygodniu. Już od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem pomalowania lodówki czarną farbą tablicową, ale jakoś ciągle nie składało się, by pomysł ten zrealizować. Brakowało nam miejsca,w którym moglibyśmy zapisywać krótkie notatki czy rzeczy, które trzeba zrobić. Teraz funkcję tą pełni lodówka. Przyznam, że nigdy nie malowałam nic tego typu farbą i troche się tego bałam, ale okazało się, że to banalnie proste. Farba pokrywa idealnie i do tego schnie bardzo szybko.
Jak oceniacie? Bo nam podoba się bardzo :)
A tu jeszcze kilka innych migawek kuchennych:
A tu w trakcie gotowania - kofta indyjska (pychotka ;))
Uściski !!!
Skoro właśnie rozpoczął się adwent, to czas pokazać adwentowy świecznik, który w moim domu zagościł po raz pierwszy. Nigdy wcześniej nie miałam w zwyczaju robić takowych, choć zawsze bardzo mi się podobały.
Ja swój zrobiłam niemal znikomym kosztem, praktycznie z tego, co miałam w domu.
Wykorzystałam puszki po konserwach, które pomalowałam czarną farbą. Dodałam świece, sznurek, orzechy, szyszki i voila - świecznik gotowy :)
Na koniec chciałabym wszystkim bardzo podziękować za ciepłe słowa, które otrzymałam pod ostatnim postem :) Na razie jesteśmy w domu - jutro okaże się, co dalej.
Miłego wieczoru!
Dzisiaj wpadam tylko na sekundkę.
Mała migawka z salonu - po przeróbce fotela zostało mi trochę tkaniny, która bardzo mi się podoba, więc musiałam ją jakoś wykorzystać - prosta i szybka dekoracja gotowa :)
U nas dziś zimno, deszczowo i pochmurno :(
Cały czas noszę się z zamiarem pokazania innych zmian, które zaszły w naszym domu, ale niestety pogoda nie sprzyja robieniu zdjęć...
Mam nadzieję, że to się szybko zmieni.
Pozdrawiam!