AMERICAN DREAM I CZEKOLADOWE CIASTECZKA




Pojawia się rok w rok. Zazwyczaj na jesień (i nawet już o tym pisałam tu). Każe przeglądać zdjęcia w internecie, oglądać stare filmy, sprawdzać ceny połączeń lotniczych, by wraz nadejściem zimy schować się do szufladki z napisem "marzenia do spełnienia". Ta chęć by spakować wielką walizkę i wyruszyć w wielogodzinną podróż. Daleko... za ocean.
Taki mój "american dream". Marzenie, które jeszcze trochę marzeniem pozostanie. Jednak teraz już wiem na pewno, że kiedyś się spełni, bo jak się czegoś mocno pragnie... 
Marzenie to stało się jeszcze większe, odkąd mąż mój paskudnik wrócił. Pojechał sobie bezczelny właśnie tam, beze mnie, natomiast z kolegami z pracy, wszak wyjazd służbowy to był. A tak prosiłam... weź mnie ze sobą, przecież zmieszczę się do walizki (serio, sprawdzone), mała jestem, może nikt nie zauważy... No ale nie przeszło. Pojechał (jeszcze raz nadmienię, że BEZE MNIE). I przepadł. Tzn. nie przepadł tak zupełnie, bo wrócił, przepadł natomiast mentalnie. Zakochał się w pięknych miasteczkach, w ludziach, w jedzeniu (i wcale nie mówimy o fast foodzie),w tamtejszej przyrodzie... 









A mi pozostaje oglądać zdjęcia i nadal marzyć. A w przerwie mogę sobie zrobić czekoladowe ciasteczka. Takie na wzór tych z amerykańskich filmów. Choć M. mój stwierdził, że aby smakowały tak jak te "oryginalne", to musiałabym dodać jeszcze z pół kilo cukru ;)







A jakby ktoś był chętny, to podaję przepis:

pół kostki masła,
2 jajka,  
2 szklanki mąki (u mnie pełnoziarnista), 
4 łyżki cukru (wersja amerykańska - patrz wyżej ;)),
2 łyżeczki kakao,
1 łyżeczka cynamonu,
1 łyżeczka proszku do pieczenia, 
garść posiekanych orzeszków ziemnych (opcjonalnie),
pół tabliczki posiekanej gorzkiej czekolady (lub słodkiej oczywiście),
szczypta soli.

Miękkie masło utrzeć z cukrem. Dodać jajka. Następnie mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia, kakao i solą. Na końcu dodać orzeszki i czekoladę. Zagnieść wszystko. Z ciasta formować małe kulki, następnie je spłaszczyć i ułożyć na blasze wyłożonej papierem. Piec około 15 min. w temp. 180 stopni ( ja piekłam 20 i wyszły nieco za suche).






DŁUUUGA PRZERWA




Nie planowałam tak długiej przerwy na blogu. Tak jakoś wyszło... Początkowe braki czasu, które spowodowane były szaloną decyzją o kupnie działki, zmieniły się w zastój umysłowy i brak chęci do pisania. Ale już chyba wracam. Już mi czegoś brakuje... 

Zatem mam nadzieję, że jeszcze wszyscy moi czytelnicy nie pouciekali, że ostała się jakaś zbłąkana owieczka ;) 
A na razie kilka kadrów z "naszego miejsca" :)











CZAS PRZERWAĆ MILCZENIE



O pewnym marzeniu.
Myśl ta kiełkowała już od dawna w naszych głowach. Choć początkowo, dokładnie nie wiedzieliśmy, co to za myśl i o co tak naprawdę nam chodzi. Czegoś pragnęliśmy, ale nie potrafiliśmy tego nazwać. 
Była w nas jakaś taka niesprecyzowana dokładniej potrzeba zmiany. Ech, a gdyby tak rzucić to wszystko i wyjechać gdzieś? Zamieszkać w jakiejś chatce, z dala od...no właśnie, od czego? Od ludzi? Miasta? Sztuczności? Obłudy? Pogoni...? Chyba po trochu od tego wszystkiego. Wiedzieliśmy jednak, że to tylko marzenie, no bo jak to tak...zostawić wszystko i wszystkich...?

A teraz o pewnym przypadku.
Zaczęło się wszystko w pewien sierpniowy dzień. Przez przypadek lub też zrządzenie losu, jak kto woli, znaleźliśmy się w miejscu, w którym byli również i nasi przyjaciele. Podzielili się z nami nowiną - kupują działkę, będą budować dom. Jeszcze tego samego wieczoru wspólnie pojechaliśmy, by zobaczyć, gdzież to oni się wyprowadzą. "Kurcze, naprawdę tu ładnie", pomyślałam. Ale zaraz potem było "mnie by się nie chciało, tyle pracy, wyrzeczeń...".  Oszczędzę Wam opisu tego, co działo się w naszych głowach przez następny tydzień. Powiem tylko, że jeśli wszystko dobrze się ułoży, to przyszłoroczne Święta spędzimy we własnym domu. A moja sąsiadka z czasów dzieciństwa... znowu będzie moją sąsiadką ;) 



Dlatego zniknęłam. Inne sprawy zaprzątały moją głowę i na bloga już nie starczało czasu, a niekiedy po prostu sił. Ale teraz wracam i mam zamiar znów pisać regularnie :)



SYPIALNIA DLA DWOJGA




Skoro pozbyliśmy się z naszej sypialni małego "intruza" ;), trzeba było nieco w niej pozmieniać. Że "trzeba", uważałam tylko ja, bo małżonek mój konieczności większej nie widział. Ale, że żona wierciła dziurę w brzuchu, a ściany wołały o pomstę do nieba, mój dzielny mężczyzna zebrał się i w dwa wieczory sypialnia była gotowa. No może nie do końca, bo w końcu malowanie to  nie wszystko, prawda?  Jakiś czas temu wspominałam, że marzą mi się białe ściany. Przyznam jednak, że nie przypuszczałam, iż efekt końcowy aż tak bardzo mnie zachwyci (czyli teraz pozostało jeszcze "tylko" reszta domu do odmalowania ;)). Tak więc po dodaniu kilku nowych dodatków, po zaprzyjaźnieniu się z wiertarką (tak mężu, już nie będę musiała Cię więcej prosić tygodniami), po małych dywanowych wymianach (dywan z pokoju F. trafił do nas, on natomiast dostał nowy), mogę uznać sypialnię za gotową.  Aaa zapomniałabym, w końcu zdecydowaliśmy się na łóżko. Po wielu latach, dojrzeliśmy do tej decyzji i pożegnaliśmy się z naszym materacem. I teraz nawet mężuś twierdzi, że jest tak fajnie, że aż się nie chce stąd wychodzić... czyli witajcie długie leniwe poranki ze śniadaniem w łóżku. Tylko żeby jeszcze synuś nie wywlekał nas (czytaj mnie) z łózka o 6.30 (i to przy dobrych wiatrach)...



















A poprzednie wersje naszej małżeńskiej alkowy znajdziecie TU. Zapraszam! 




PO CO NIEPRACUJĄCEJ MATCE... KĄCIK DO PRACY




O tym, jak zostałam eksmitowana (lub też sama siebie eksmitowałam, sama nie wiem jak było naprawdę) z "naszego" znajdującego się na antresoli workspace'u jak się to teraz podobno mawia, pisałam jakiś czas temu, TU. Pisałam też, jak to marzy mi się mieć swój własny kąt do  pracy.
Można by zadać jednak pytanie...po co niepracującej matce kącik do pracy? No tak, po co? Bo przecież narzędzia pracy, którymi się na co dzień posługuję to odkurzacz, mop i ściera. Bo przecież moje centrum dowodzenia to kuchenny blat... 
A no potrzebny mi on i już! Do równowagi psychicznej zwłaszcza. Bo fajnie jest wiedzieć, że coś w naszym wspólnym domu jest tylko moje*. Fajnie, gdy każdy ma jakiś swój własny kąt, do którego intruzom wstęp wzbroniony. Fajnie, gdy ma się miejsce, gdzie można usiąść sobie od czasu do czasu  z kubkiem kawy i po prostu pomyśleć (jeszcze fajniej byłoby gdyby to nie było tylko od czasu do czasu i nie była to chwila ;p).
 A więc jak już mówiłam, marzenie moje się spełniło. Mam swój kącik. Może jeszcze nie do końca urządzony, może jeszcze brakuje kilka drobiazgów (np. lampki), ale wszystko w swoim czasie. 
Stolik jest? Jest! Krzesło jest? Jest! Czyli to, co najważniejsze mam :) A wcale niełatwo było zaopatrzyć się w stolik, jaki chodził mi po głowie. Biurka tradycyjnego nie chciałam, głównie ze względu na gabaryty i toporność. Marzył mi się jakiś stary stolik, koniecznie z szufladą, który jednak nie kosztowałby majątku. Szukałam, czekałam, znowu szukałam i znowu czekałam. I znalazłam. Wystarczyło nieco przemalować i stary, kuchenny stolik pamiętający czasy PRL-u stanął w naszej sypialni, by teraz pełnić zaszczytną rolę mojego biureczka. Krzeseł u nas pod dostatkiem, bo kupując do jadalni, kupiliśmy ich chyba... z 11. A że ostatnio mam nieco niedosyt kolorów w moim wnętrzu, to wybrałam nie białe, a pomarańczowe. Wiem, że wiele osób nie przepada za tym kolorem. Ja jednak,mimo że pastele lubię, to jakoś nie widzę ich u siebie w domu. Zatem oprócz bieli, czerni i szarości jest także kropla pomarańczy i...odrobinka różu.
 To tyle. Idę się relaksować. W końcu mamy urlop nr 2 :)

*taaak... tylko moje. Pomarzyć dobra rzecz... Dziecię moje chyba biureczko ME również polubiło i teraz tylko myk cyk i już jest na krześle, już otwiera szufladkę i nucąc sobie coś pod nosem odkrywa, jakież to skarby tam na niego czekają. Zatem, gdy coś za długo jest cicho, to wiem, gdzie go znajdę... Ech... to miałam sobie swoje miejsce. Chyba trzeba pomyśleć o stoliku dla niego ;)
















RODZINA KONSERW I JA + ZUPEŁNIE NIEKONSERWATYWNA SAŁATKA



Moja rodzina to konserwy. Konserwy kulinarne. Chwilowe przebłyski otwartości na gastronomiczne nowości wykazuje mój tata, pod warunkiem jednak, iż nowości te serwowane są w innym domu, niż jego własny. W moim rodzinnym domu zatem, od zawsze królowały (i chyba już zawsze królować będą) schabowe i rosół. W tym też domu wychowałam się ja. Gastronomiczna eksperymentatorka, uwielbiająca poznawać nowe smaki i której wspomnienia z podróży wiążą się zazwyczaj z...jedzeniem. Po kim to mam? No nie po rodzicach. Skąd mi się to wzięło? Teorie na to mam dwie. 

Teoria pierwsza - uwarunkowania genetyczne. Dziadek mój- cukiernik ze smykałką do gotowania, podobno potrafił wyczarować najlepsze dania. Co prawda tradycyjne, ale czasy raczej nie skłaniały wówczas do szaleństw w kuchni. Niestety, nigdy nie dane mi było przekonać się o tym osobiście. Mogę wierzyć jedynie rodzinnym opowieściom. 

Teoria druga -  potrzeba matką wynalazku. Skoro mama moja (sorry, mamuś) ręki do gotowania nigdy nie miała (choć ma swoje popisowe dania, jej gołąbkom i sernikowi żadne inne nie dorównają), to ja, z ciągłymi skłonnościami do diet i zdrowego odżywiania, musiałam sobie jakoś radzić. I z biegiem czasu przymus ten przerodził się w wielką miłość, która trwa do dziś. 

A jak się w tych moich kulinarnych zapędach odnajduje małżonek mój? Niegdyś zdeklarowany mięsożerca, dla którego największym prezentem był obiad w stylu kotlet schabowy, ziemniaki i buraczki, dziś z radością pałaszuje gryczane placuszki, spaghetti z cukinią czy arbuzową sałatkę. Od czasu do czasu nachodzi go ochota, sięga po kawał schaboszczaka, po czym deklaruje - nigdy więcej ;)

I właśnie z tą kontrowersyjną być może dla niektórych sałatką dziś do Was przychodzę. My uwielbiamy. Dajcie znać, czy również lubicie takie połączenia :)







Składniki (dla osób 2,5) 

-pół pokrojonego w kostkę arbuza mini (te nadają się najlepiej, bo nie mają pestek i nie trzeba się męczyć z ich wydłubywaniem),
-2 łyżki pokrojonych na pół czarnych oliwek,
-ok 100. g   pokrojonej w kostkę fety,
 -ugotowany makaron świderki (ilość zależy od poziomu głodu),
-kilka listków świeżej bazylii, 
-pieprz i sól do smaku, 
- dla odważnych - pół małej cebuli pokrojonej w piórka. 

Wszystko wymieszać. Zajadać najlepiej od razu i wzbudzać kontrowersję ;)







MAŁY LOKATOR NA SWOIM, CZYLI O POKOJU SYNA


W końcu! Doczekaliśmy się. Jakiś czas temu (o tu) pisałam o pewnym małym lokatorze, który znacznie dłużej niż planowaliśmy zaległ w naszej sypialni.  Jeszcze nie tak dawno myślałam, że ten dzień chyba nigdy nie nadejdzie. Że będzie ciężko, że będą nieprzespane noce, że to MI będzie źle bez niego, że ciągle będę zaglądała, sprawdzała czy żyje...
No cóż, okazało się, że mój syn, to całkiem już dorosły syn, a nie jakiś tam dzidziuś, który z mamą musi spać, a ja... to chyba wyrodna matka, bo jak pierwszej nocy bez niego zasnęłam, to spałam jak kamień. Obudziło mnie dopiero poranne tuptanie syna, który bez płaczu, bez lęku, po prostu kierował się do naszego łóżka, by jeszcze trochę się poprzytulać. 
Ech... życie... 
Zatem skoro pokój już w 100% ma swojego lokatora, to prezentuję, jakie w związku z tym zaszły zmiany :)







  









 


 





 A poszczególne elementy wyposażenia znajdziecie tu:

meble: łóżeczko, półki, szafa, regał, pudełka, zasłony - IKEA
dywan - Castorama
worek na zabawki - Lollifox
lampka w trójkąty - Pepco  
lampki cotton balls - Qule
plakat Domy na wzgórzu- cytrynadesign
pozostałe plakaty - prace własne


 To pierwsza część zmian. Została jeszcze sypialnia :)

Piszcie, komentujcie, jak Wam się podoba, co byście zmieniły? Każdy odzew z Waszej strony jest dla mnie bardzo cenny :)