Zdradziłam.
Zdradziłam czerwień ;)
Jak dotąd był to dla mnie nieodłączny kolor Świąt.
Od wielu lat była z nami w ten grudniowy czas. Były czerwone wiszące skarpety, czerwone ozdoby choinkowe, czerwone ręczniczki, serwetki...
Ale w tym roku chciałam inaczej. Mimo, że nadal uwielbiam świąteczne domy przyozdobione niczym bajkowe chatki św. Mikołaja, to w tym roku zapragnęłam więcej natury i skandynawskiej prostoty.
Zatem w naszym domu tym razem czerwieni nie będzie.
Ale nie mogłam sobie odmówić popatrzenia na te czerwone cudeńka.
A jeśli i Wy lubicie czerwień na Święta, to zapraszam do oglądania :)
A jakie kolory będą królowały w Waszych domach?
Jeśli macie ochotę zobaczyć, jak było u nas w zeszłym roku, to zapraszam
TU :)
Czasem tak niewiele trzeba. Wystarczy spacer do lasu i można stworzyć świąteczne dekoracje. Proste, subtelne, ale jakże piękne. Kilka gałązek modrzewia czy świerku, szyszki, odrobina mchu i gotowe :)
Dziś nie będę zbyt wiele pisać, bo chyba zdjęcia mówią same za siebie.
Dzisiaj kilka pomysłów na świecznik adwentowy.
Celowo
wybrałam najprostsze. Takie, które można wykonać w domu w kilka chwil i
które nie wymagają specjalnych zakupów (to tak z myślą o wszystkich
zapracowanych mamusiach, choć i nie tylko ;))
Bo
tak naprawdę, aby zrobić całkiem efektowny świecznik wystarczą 4
butelki lub słoiki, świeczki, kawałek sznurka lub wstążki i gotowe :)
Zdjęcia znalezione na:
1/
2/
3/
4/
5/
6/
A
tutaj przypominam, jak wyglądał nasz zeszłoroczny świecznik. Przyznam, że i w tym roku go wykorzystam :)
Grudzień zbliża się wielkimi krokami. Jeszcze chwilę temu pisałam o tym, jak dobrze mi z tegoroczną jesienią, jeszcze w sobotę raczyliśmy się urokiem jesiennego lasu, aż tu nagle sypnęło z nieba białym puchem (no dobra, może do puchu mu było daleko, a bliżej do błotnistej ciapy, ale nie psujmy klimatu ;))
Tak więc, wraz z widokiem spadających płatków śniegu, ogarnął mnie nastrój zbliżających się Świąt. Wiem, jeszcze przed nami cały miesiąc, ale 1 grudnia już za kilka dni, więc jeśli ktoś z Was ma w planach zrobienie kalendarza adwentowego, a nie ma niego pomysłu, dzisiaj służę pomocą.
W sieci można znaleźć mnóstwo inspiracji. Znajdą się kalendarze wymagające włożenia więcej pracy, jak i bardzo proste, choć nie mniej ciekawe.
Zapraszam do oglądania i czerpania pomysłów :)
Na początek te wymagające nieco więcej wysiłku:
A tu, w formie domku, z rolek po papierze toaletowym :)
I te nieco mniej skomplikowane:
Jak widać pomysłów na kalendarz jest mnóstwo. Nic, tylko zabierać się do pracy.
Ja już nasz zrobiłam. Pokażę go w weekend, więc zapraszam :)
A jak jest u Was? Robicie kalendarze adwentowe? Kupujecie? A może po prostu nie ma u Was takiej tradycji?
Piszcie!
A już w środę kolejna garść inspiracji w świątecznym klimacie - tym razem pomysły na świeczniki adwentowe. Zajrzyjcie koniecznie :)
Co rok o tej samej porze powraca jak bumerang...
Gdy coraz szybciej zapada zmrok, gdy na dworze szaro i ponuro, a jedyną plamą koloru stają się żółte i czerwone liście, mam ochotę zakopać się w ciepłym kocu z kubkiem gorącego kakao i obejrzeć film.
A jaki? Co roku ten sam - "Masz wiadomość". Ok, wiem, może nie jest to zbyt ambitne kino, ale może nie zawsze trzeba być bardzo ambitnym i po prostu pozwolić sobie na chwilę odprężenia?
A dlaczego akurat ten film? Głównie z jednego powodu - bo jego akcja rozgrywa się na Manhattanie.
Tak więc, gdy liście coraz bardziej opadają z drzew, a ulice coraz częściej spowija gęsta mgła, marzy mi się Nowy York i jesienny spacer po pięknym Central Parku.
Wiem, że moje marzenie kiedyś się spełni :)
A dzisiaj garść inspiracji - w sieci jest mnóstwo świetnych grafik, plakatów i fotografii.
W naszej łazience cały czas czeka puste miejsce na ścianie na zagospodarowanie. Początkowo miały tam zawisnąć zdjęcia lub plakaty z NYC. Później pomyślałam, że może lepiej jakieś typografie. Dzisiaj, przeglądając sieć, pomysł powrócił, jednak w nieco innej wersji - spróbuję stworzyć takie plakaty samodzielnie :) (tylko pewnie trochę to potrwa, bo ostatnio czasu u mnie, jak na lekarstwo...)
i jeszcze fotografie:
Niestety, ściany się nie rozciągną, metrażu w jakiś magiczny sposób też nie przybędzie.
Przybywa natomiast różnych rzeczy, które gdzieś trzeba pochować.
Mimo iż nie jestem typem chomika (skutecznie się z tego wyleczyłam), nie kupuję też co chwila jakichś nowych "gadżetów", to jednak miejsca w naszym mieszkaniu jakoś ciągle ubywa.
Nasze mieszkanie - nie za duże, ale też nie jakoś specjalnie małe. Na razie w sam raz. Trochę mało w nim jednak miejsca na przechowywanie. Najgorzej jest w kuchni. Mieszkanie kupiliśmy z rynku wtórnego, a przed nami mieszała w nim jedna osoba, która najwyraźniej nie potrzebowała dużej zabudowy kuchennej. Mimo, iż kuchnia sama w sobie jest całkiem spora, mamy tylko niewielki aneksik, bo jak tu nazwać kilka szafek z kuchenką i zlewem? Do niedawna nawet się w niej mieściłam. Jednak coraz z tym gorzej.Z naczyniami i różnymi przyborami nie jest źle, nie mamy ich wiele, jakoś się mieszczą. Jednak wraz z moimi kulinarnymi eksperymentami zaczęło przybywać nowych produktów, które powoli zaczynają się wręcz wysypywać. ;)
O nowej zabudowie mogę raczej na razie pomarzyć. Zaczęłam więc intensywnie myśleć nad jakimś innym rozwiązaniem.
No i wymyśliłam... schowek pod schodami.
W chwili obecnej nasze schody prowadzące na antresolę wyglądają tak:
Zastanawiam się jednak nad czymś w tym rodzaju:
Najbardziej odpowiadałoby mi ostatnie rozwiązanie, tylko oczywiście w bieli :) Mogłyby tam znaleźć swoje miejsce nie tylko mniej używane przybory kuchenne, ale również np. odkurzacz.
Przyznam, że lubię nasze "ażurowe", nieprzytłaczające schody, jednak niestety czasem trzeba iść na kompromis ;)
A jak jest u Was w tym temacie? Królują szafy czy macie jakieś inne rozwiązania?