Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lato. Pokaż wszystkie posty

TRZY MIESIĄCE I MALINOWA TARTA MUST HAVE


W czasach, gdy chodziłam do szkoły (a było to zadziwiająco dawno temu), liczyły się dla mnie dwa miesiące w roku. I to chyba oczywiste, że miesiącami tymi były lipiec i sierpień. Czas wakacji. Z chwilą ostatniego dzwonka w szkole zaczynało się dla mnie prawdziwe życie. I choć większość moich wakacji spędzałam po prostu w domu, to był to wspaniały czas. 
Dzisiaj, szczęśliwie dla mnie, okres ten wydłużył się o jeszcze jeden miesiąc. Dołączył do tego grona czerwiec. Pytacie dlaczego trzy miesiące, a nie 12? No bo ja niestety, jestem stworzeniem ciepłolubnym, dla którego właściwa temperatura do życia to minimum 20 stopni, a najlepiej czuje się przy 26-28. No co ja poradzę, że zimnem gardzę? Tak więc zostają mi trzy miesiące, podczas których oddycham pełną piersią, cieszę się z każdego promienia słońca a i deszcz nie jest mi wówczas taki straszny. I właśnie w te trzy miesiące trzeba tyle upchnąć. Jest wówczas tyle rzeczy do zrobienia, tyle miejsc do odwiedzenia, wycieczek do zorganizowania, koszy piknikowych do spakowania, stragany uginają się od kolorowych owoców, które chciałoby się jeść codziennie, na śniadanie, obiad i kolację, a tu jeszcze gdzieś trzeba przecież zmieścić w żołądku te pyszne warzywa, na które czeka się cały rok. Do tego ludzie jakoś chętniejsi do odwiedzin, do wspólnego biesiadowania przy... grillowych oparach,a tu jeszcze trzeba wspomnieć o czekających na przeczytanie książkach, których coraz więcej na półce, a które jakoś najlepiej "wchodzą" mi właśnie w lecie :) No i jeszcze jedno. Remonciki. Kiedy, jak nie teraz? Przecież lepsze światło, farba szybciej schnie... (zatem i my mamy coś zamiar zmalować).

I jak to wszystko wszytko upchnąć w te 3 miesiące... ba w 13 weekendów? No jak? 
Dlatego tak rzadko tu bywam ostatnio. Wybaczcie. Ale muszę trochę "pożyć" ;)
Zostawiam Was z przepisem na moje sezonowe "must have" a raczej "must to do", czyli...

TARTĘ Z KREMEM PATISSIERE I MALINAMI 



Jak zrobić:
1. Krem pattisiere:
składniki:
300 ml mleka
3 żółtka
4 łyżki mąki
4 płaskie łyżki cukru/ klsylitolu

Zagotować mleko. W oddzielnym, większym garnku zmiksować żółtka z cukrem na biały puch. Dodać mąkę i ponownie zmiksować. Wlać zagotowane mleko. Zmiksować. Gotować kilka minut na niewielkim ogniu, cały czas mieszając. W tym czasie krem powinien zgęstnieć.

2. Ciasto:  (blaszka o wymiarach 11 x 35 cm)
składniki:
-ok. 100 g masła
- 250 g mąki pszennej (ja użyłam pełnoziarnistej)
- 1 jajko
- szczypta soli
-2 łyżki cukru/ ksylitolu
- łyżka kakao

Do miski przesiać mąkę z kakao i solą. Dodać cukier i pokrojone w kostkę zimne masło. Rozetrzeć składniki na kruszonkę. Dodać żółtko jajka i szybko zagnieść ciasto. Rozwałkować ciasto, wyłożyć na posmarowaną masłem blaszkę. W cieście zrobić widelcem dziurki. Blaszkę włożyć na ok. 30 min do lodówki. Po tym czasie piec w piekarniku nagrzanym do 180 st przez ok 30 min.

3. Na wystudzone ciasto wylać zimny krem pastissiere. Położyć maliny.
4. Jeść, najlepiej w doborowym towarzystwie, ciesząc się urokami lata :)













POMIĘDZY PAKOWANIEM WALIZEK - WYTRAWNE GOFRY





"Już za parę dni, za dni parę
wezmę plecak swój i gitarę..."

Słowa tej piosenki, która co roku śpiewana była w mojej podstawówce na zakończenie roku szkolnego, zawsze będą kojarzyć mi się z beztroskim czasem wakacji, zapachem skoszonej trawy, śpiewem ptaków o poranku, wczesnymi śniadaniami jedzonymi w cieniu orzechowego drzewa w naszym ogrodzie (a dodam tylko, że byłam zdolna wstawać o 6 rano, by nie tracić pogodnych dni),  rowerowymi przejażdżkami wśród pól i kwiatów... ze szczęściem i taką prostą, nieskomplikowaną radością małej marzycielki, jaką byłam (i wale nie przestałam nią być). 

Mimo, że do wakacji jeszcze chwilka, to już dziś wprowadzam się w ten cudowny nastrój. I choć nie zabieram plecaka, a wielką walizkę (w którą nie wiem, jak wszystko zmieszczę), a gitara też zostaje w domu, to już przebieram nogami, bo doczekać się nie mogę. Tego odkrywania nieznanego, przygód mniejszych i większych, wspólnie spędzonego czasu, kiedy zapominamy o całym świecie i liczymy się tylko my. Nasza trójka. 


 A żeby czas jakoś zająć robię gofry. Ale tym razem nieco inne. I chyba całkiem niezłe :)









WYTRAWNE GOFRY:
składniki: (na 6 szt.)
1 szkl mleka
1 szkl mąki pszennej pełnoziarnistej
1 jako (oddzielnie białko i żółtko)
łyżka oliwy + do posmarowania gofrownicy
szczypta soli i pieprzu
suszone zioła, np. bazylia i oregano
1 łyżeczka proszku do pieczenia

Wykonanie:
Białko oddzielić od żółtka i ubić ze szczyptą soli na sztywną pianę. Do żółtka dodać pozostałe składniki i zmiksować. Pianę dodać do reszty ciasta i delikatnie wymieszać. 

Ciasto nakładać na rozgrzane i posmarowane olejem płytki gofrownicy. Piec ok. 4/ 5 min. 
Podawać ciepłe z dodatkami.

A co do takich gofrów? Tu kombinacji jest wiele.
U mnie były:
 ser pleśniowy, pomidory, świeża bazylia
oraz
śmietankowy  serek twarogowy wymieszamy z listkami świeżej bazylii i pokruszone pistacje.


Ja uciekam. Walizki czekają. Wracamy za dwa tygodnie :)
Do zobaczenia na IG :) 









NA NIEPOGODĘ, NA CHANDRĘ - WSPOMINAM...


Dzisiaj miało być zupełnie o czymś innym. 
 Ale niestety. W domu panuje półmrok. Za oknem wiatr i siąpiący deszcz. Moja twarz już zapomniała czym są ciepłe promienie słońca. Zatem dopadła i mnie. 
Styczniowa chandra. 
Jeszcze kilka dni temu oddawaliśmy się cudownym spacerom, śnieg przyjemnie trzeszczał pod stopami a słońce delikatnie muskało zmarznięte nosy. 
Wystarczyły 3 dni pogodowego paskudztwa, a ja chodzę zła na cały świat, nieszczęśliwa, no dobrze może to za duże słowo, ale przynajmniej niezadowolona, znudzona codziennością, a do tego niewyspana... 
Obrywa się wszystkim, którzy akurat pod ręka...

Dlatego marzę...
O gorącym piasku, ciepłej morskiej wodzie, bezchmurnym niebie. 
Marzę o wyprawie tam, gdzie nas jeszcze nie było...

Tylko że mamy styczeń. Jak tu przetrwać jeszcze 5 miesięcy?

Dlatego dzisiaj wspominam. 
Wspominam uroki wiedeńskich muzeów i moment, gdy spełniło się jedno z moich marzeń, by zobaczyć obrazy Klimta, ale także to, jak bardzo zawiódł nas Wiedeń,  
mycie włosów w zlewie na stacji paliw ;),
wspominam dokuczliwe słoweńskie mrówki i komary, które uwzięły się na mnie i żyć nie dawały, pozostawiając jednocześnie mego męża w spokoju,  
 ciszę, która panowała o 8 rano na wąskich uliczkach starego miasta w Isoli, 
wspominam żar lejący się z nieba i przemoczone od potu ubrania w Chorwacji,
wspominam poranne błądzenie pomiędzy weneckimi kanałami, gdy spotkać można było tylko mieszkańców zmierzających do pracy, 
lasagnę z mrożonki popijaną obficie winem w naszym wynajętym mieszkanku pod Padwą, 
wspominam rześkość, która panowała o 7 rano we Francuskich Alpach,
tamtejszy wschód słońca....
noce spędzone w samochodzie, bo było taniej, bo nie chciało się szukać nic innego,
nie pozwalający zasnąć dźwięk cykad na, delikatnie mówiąc, pozostawiającym wiele do życzenia polu namiotowym na południu Francji, 
rozpaczliwe poszukiwania pól lawendy w Prowansji (hello?, przecież miało być ich tak wiele...)...

a to tylko skrawek wspomnień...
:)





























A na zakończenie, dziękuję wszystkim za liczne rady i ciepłe słowa pod ostatnim postem. 
Tego mi było trzeba!
Dziękuję, że jesteście :)



POŻEGNANIE LATA

Piątkowy poranek wcale nie zapowiadał miłego dnia. Było szaroburo, a humory też nie dopisywały. Jednak jakoś trzeba było spożytkować ten wolny dzień pana M. Spakowaliśmy zatem manatki i razem z młodym (bo jakżeby inaczej ;)) ruszyliśmy w drogę.
Niecałe 2 h jazdy samochodem i zapomniałam o wszystkim. Zostawiam w domu kaszki, obiadki, pieluchy itp ;).
  Czasem wystarczy tylko jeden dzień, kilka godzin, by oderwać się od codzienności i naładować akumulatorki...


Takie morze to ja lubię. Pusta plaża, brak wszędobylskich parawaników, kulających się samotnie puszek po piwie czy jakże odświeżającego zapachu dymu tytoniowego, zero budek z lodami, goframi, oscypkami... ;) tylko gdzieniegdzie szwendający się powolnie ostatni turyści, tak jak my, preferujący wrześniową ciszę od lipcowego gwaru :)
Do tego pogoda - wprost wymarzona - pięknie, słonecznie, ciepło...ech tego nam było trzeba :)






A na piknik - idealnie nadaje się focaccia :)

  






 
A jeżeli ktoś z Was jeszcze nie robił, a ma ochotę, poniżej przepis na focaccię - tym razem z oliwkami i tymiankiem, jednak moja ulubiona wersja to ta z pomidorkami koktajlowymi :)

Składniki: 
(na blaszkę o wymiarach 24x30)

-50 dag świeżych drożdży
-3/4 szklanki ciepłej wody
-2 łyżeczki cukru
-3 łyżki oliwy z oliwek
-ok. 500 g mąki pszennej
-pół łyżeczki soli

A wykonanie - banalnie proste: 
-Zrobić zaczyn (wymieszać wodę z drożdżami, cukrem i oliwą). Odstawić na kilka minut do wyrośnięcia.
-Do mąki wymieszanej z solą wlać zaczyn.  Ciasto wyrabiać, aż będzie gładkie.
-Odstawić ciasto do wyrośnięcia (powinno podwoić swoją objętość).
-Z wyrośniętego ciasta "wybić" powietrze Jeszcze chwilę ugniatać. Wyłożyć na posmarowaną oliwą lub wyłożoną papierem do pieczenia blachę.
-Odstawić na ok. 20 min. do ponownego wyrośnięcia.
-W cieście zrobić palcem wgłębienia - powkładać w nie oliwki lub pomidorki. Posypać tymiankiem/ rozmarynem. Posmarować oliwą.
-Piec ok. 25 min. w temp. 180 st.  
 









NASZE WAKACJE...



Już myślałam, że nigdy nie skończę tego posta, bo piszę go już trzeci dzień... A dlaczego?
Hałas, masa kurzu i niesamowity bałagan...
Tak w skrócie można opisać to, co dzieje się obecnie w naszym mieszkaniu...
 Będę sprzątać chyba przez cały najbliższy tydzień. No ale chciałam remontu łazienki? Więc teraz mam... ;)
Ale jak już to się wszystko zakończy, to chyba nie będę z niej wychodzić - tak mi się podoba :)

Jak obiecałam, mała relacja z wakacji. Tylko obawiam się, że w sumie nie będzie ona taka mała... ;)

BECAUSE LIFE IS BRUTAL...


Jest ciepło... nie! jest upalnie...jem owoce prosto z krzaczków, biegam boso po trawie... 
Dla ochłody, siadam w cieniu drzew, piję pyszne kolorowe koktajle, czytam, obserwuję latające wokół mnie motyle, słucham śpiewu ptaków i bzyczenia owadów (mogą być nawet komary ;)). Chłonę letni czas, jak najmocniej się da...

WAKACJE!!!


Nareszcie są!
Wakacje!
Choć szczerze mówiąc, w tym roku musiał mi o nich przypomnieć głos dobiegający z radia... 
No cóż, już prawie od roku żyję w nieco innej czasoprzestrzeni i już nie liczę czasu od wakacji do wakacji... No i ta pogoda... bardziej jesienna niż letnia... Mam nadzieję, że w końcu się to zmieni, bo ja z tych raczej ciepło (albo i nawet gorąco) lubnych ;)

ZAPACH LATA...


Czym pachnie lato?