Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinarnie. Pokaż wszystkie posty

AMERICAN DREAM I CZEKOLADOWE CIASTECZKA




Pojawia się rok w rok. Zazwyczaj na jesień (i nawet już o tym pisałam tu). Każe przeglądać zdjęcia w internecie, oglądać stare filmy, sprawdzać ceny połączeń lotniczych, by wraz nadejściem zimy schować się do szufladki z napisem "marzenia do spełnienia". Ta chęć by spakować wielką walizkę i wyruszyć w wielogodzinną podróż. Daleko... za ocean.
Taki mój "american dream". Marzenie, które jeszcze trochę marzeniem pozostanie. Jednak teraz już wiem na pewno, że kiedyś się spełni, bo jak się czegoś mocno pragnie... 
Marzenie to stało się jeszcze większe, odkąd mąż mój paskudnik wrócił. Pojechał sobie bezczelny właśnie tam, beze mnie, natomiast z kolegami z pracy, wszak wyjazd służbowy to był. A tak prosiłam... weź mnie ze sobą, przecież zmieszczę się do walizki (serio, sprawdzone), mała jestem, może nikt nie zauważy... No ale nie przeszło. Pojechał (jeszcze raz nadmienię, że BEZE MNIE). I przepadł. Tzn. nie przepadł tak zupełnie, bo wrócił, przepadł natomiast mentalnie. Zakochał się w pięknych miasteczkach, w ludziach, w jedzeniu (i wcale nie mówimy o fast foodzie),w tamtejszej przyrodzie... 









A mi pozostaje oglądać zdjęcia i nadal marzyć. A w przerwie mogę sobie zrobić czekoladowe ciasteczka. Takie na wzór tych z amerykańskich filmów. Choć M. mój stwierdził, że aby smakowały tak jak te "oryginalne", to musiałabym dodać jeszcze z pół kilo cukru ;)







A jakby ktoś był chętny, to podaję przepis:

pół kostki masła,
2 jajka,  
2 szklanki mąki (u mnie pełnoziarnista), 
4 łyżki cukru (wersja amerykańska - patrz wyżej ;)),
2 łyżeczki kakao,
1 łyżeczka cynamonu,
1 łyżeczka proszku do pieczenia, 
garść posiekanych orzeszków ziemnych (opcjonalnie),
pół tabliczki posiekanej gorzkiej czekolady (lub słodkiej oczywiście),
szczypta soli.

Miękkie masło utrzeć z cukrem. Dodać jajka. Następnie mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia, kakao i solą. Na końcu dodać orzeszki i czekoladę. Zagnieść wszystko. Z ciasta formować małe kulki, następnie je spłaszczyć i ułożyć na blasze wyłożonej papierem. Piec około 15 min. w temp. 180 stopni ( ja piekłam 20 i wyszły nieco za suche).






RODZINA KONSERW I JA + ZUPEŁNIE NIEKONSERWATYWNA SAŁATKA



Moja rodzina to konserwy. Konserwy kulinarne. Chwilowe przebłyski otwartości na gastronomiczne nowości wykazuje mój tata, pod warunkiem jednak, iż nowości te serwowane są w innym domu, niż jego własny. W moim rodzinnym domu zatem, od zawsze królowały (i chyba już zawsze królować będą) schabowe i rosół. W tym też domu wychowałam się ja. Gastronomiczna eksperymentatorka, uwielbiająca poznawać nowe smaki i której wspomnienia z podróży wiążą się zazwyczaj z...jedzeniem. Po kim to mam? No nie po rodzicach. Skąd mi się to wzięło? Teorie na to mam dwie. 

Teoria pierwsza - uwarunkowania genetyczne. Dziadek mój- cukiernik ze smykałką do gotowania, podobno potrafił wyczarować najlepsze dania. Co prawda tradycyjne, ale czasy raczej nie skłaniały wówczas do szaleństw w kuchni. Niestety, nigdy nie dane mi było przekonać się o tym osobiście. Mogę wierzyć jedynie rodzinnym opowieściom. 

Teoria druga -  potrzeba matką wynalazku. Skoro mama moja (sorry, mamuś) ręki do gotowania nigdy nie miała (choć ma swoje popisowe dania, jej gołąbkom i sernikowi żadne inne nie dorównają), to ja, z ciągłymi skłonnościami do diet i zdrowego odżywiania, musiałam sobie jakoś radzić. I z biegiem czasu przymus ten przerodził się w wielką miłość, która trwa do dziś. 

A jak się w tych moich kulinarnych zapędach odnajduje małżonek mój? Niegdyś zdeklarowany mięsożerca, dla którego największym prezentem był obiad w stylu kotlet schabowy, ziemniaki i buraczki, dziś z radością pałaszuje gryczane placuszki, spaghetti z cukinią czy arbuzową sałatkę. Od czasu do czasu nachodzi go ochota, sięga po kawał schaboszczaka, po czym deklaruje - nigdy więcej ;)

I właśnie z tą kontrowersyjną być może dla niektórych sałatką dziś do Was przychodzę. My uwielbiamy. Dajcie znać, czy również lubicie takie połączenia :)







Składniki (dla osób 2,5) 

-pół pokrojonego w kostkę arbuza mini (te nadają się najlepiej, bo nie mają pestek i nie trzeba się męczyć z ich wydłubywaniem),
-2 łyżki pokrojonych na pół czarnych oliwek,
-ok 100. g   pokrojonej w kostkę fety,
 -ugotowany makaron świderki (ilość zależy od poziomu głodu),
-kilka listków świeżej bazylii, 
-pieprz i sól do smaku, 
- dla odważnych - pół małej cebuli pokrojonej w piórka. 

Wszystko wymieszać. Zajadać najlepiej od razu i wzbudzać kontrowersję ;)







TRZY MIESIĄCE I MALINOWA TARTA MUST HAVE


W czasach, gdy chodziłam do szkoły (a było to zadziwiająco dawno temu), liczyły się dla mnie dwa miesiące w roku. I to chyba oczywiste, że miesiącami tymi były lipiec i sierpień. Czas wakacji. Z chwilą ostatniego dzwonka w szkole zaczynało się dla mnie prawdziwe życie. I choć większość moich wakacji spędzałam po prostu w domu, to był to wspaniały czas. 
Dzisiaj, szczęśliwie dla mnie, okres ten wydłużył się o jeszcze jeden miesiąc. Dołączył do tego grona czerwiec. Pytacie dlaczego trzy miesiące, a nie 12? No bo ja niestety, jestem stworzeniem ciepłolubnym, dla którego właściwa temperatura do życia to minimum 20 stopni, a najlepiej czuje się przy 26-28. No co ja poradzę, że zimnem gardzę? Tak więc zostają mi trzy miesiące, podczas których oddycham pełną piersią, cieszę się z każdego promienia słońca a i deszcz nie jest mi wówczas taki straszny. I właśnie w te trzy miesiące trzeba tyle upchnąć. Jest wówczas tyle rzeczy do zrobienia, tyle miejsc do odwiedzenia, wycieczek do zorganizowania, koszy piknikowych do spakowania, stragany uginają się od kolorowych owoców, które chciałoby się jeść codziennie, na śniadanie, obiad i kolację, a tu jeszcze gdzieś trzeba przecież zmieścić w żołądku te pyszne warzywa, na które czeka się cały rok. Do tego ludzie jakoś chętniejsi do odwiedzin, do wspólnego biesiadowania przy... grillowych oparach,a tu jeszcze trzeba wspomnieć o czekających na przeczytanie książkach, których coraz więcej na półce, a które jakoś najlepiej "wchodzą" mi właśnie w lecie :) No i jeszcze jedno. Remonciki. Kiedy, jak nie teraz? Przecież lepsze światło, farba szybciej schnie... (zatem i my mamy coś zamiar zmalować).

I jak to wszystko wszytko upchnąć w te 3 miesiące... ba w 13 weekendów? No jak? 
Dlatego tak rzadko tu bywam ostatnio. Wybaczcie. Ale muszę trochę "pożyć" ;)
Zostawiam Was z przepisem na moje sezonowe "must have" a raczej "must to do", czyli...

TARTĘ Z KREMEM PATISSIERE I MALINAMI 



Jak zrobić:
1. Krem pattisiere:
składniki:
300 ml mleka
3 żółtka
4 łyżki mąki
4 płaskie łyżki cukru/ klsylitolu

Zagotować mleko. W oddzielnym, większym garnku zmiksować żółtka z cukrem na biały puch. Dodać mąkę i ponownie zmiksować. Wlać zagotowane mleko. Zmiksować. Gotować kilka minut na niewielkim ogniu, cały czas mieszając. W tym czasie krem powinien zgęstnieć.

2. Ciasto:  (blaszka o wymiarach 11 x 35 cm)
składniki:
-ok. 100 g masła
- 250 g mąki pszennej (ja użyłam pełnoziarnistej)
- 1 jajko
- szczypta soli
-2 łyżki cukru/ ksylitolu
- łyżka kakao

Do miski przesiać mąkę z kakao i solą. Dodać cukier i pokrojone w kostkę zimne masło. Rozetrzeć składniki na kruszonkę. Dodać żółtko jajka i szybko zagnieść ciasto. Rozwałkować ciasto, wyłożyć na posmarowaną masłem blaszkę. W cieście zrobić widelcem dziurki. Blaszkę włożyć na ok. 30 min do lodówki. Po tym czasie piec w piekarniku nagrzanym do 180 st przez ok 30 min.

3. Na wystudzone ciasto wylać zimny krem pastissiere. Położyć maliny.
4. Jeść, najlepiej w doborowym towarzystwie, ciesząc się urokami lata :)













POMIĘDZY PAKOWANIEM WALIZEK - WYTRAWNE GOFRY





"Już za parę dni, za dni parę
wezmę plecak swój i gitarę..."

Słowa tej piosenki, która co roku śpiewana była w mojej podstawówce na zakończenie roku szkolnego, zawsze będą kojarzyć mi się z beztroskim czasem wakacji, zapachem skoszonej trawy, śpiewem ptaków o poranku, wczesnymi śniadaniami jedzonymi w cieniu orzechowego drzewa w naszym ogrodzie (a dodam tylko, że byłam zdolna wstawać o 6 rano, by nie tracić pogodnych dni),  rowerowymi przejażdżkami wśród pól i kwiatów... ze szczęściem i taką prostą, nieskomplikowaną radością małej marzycielki, jaką byłam (i wale nie przestałam nią być). 

Mimo, że do wakacji jeszcze chwilka, to już dziś wprowadzam się w ten cudowny nastrój. I choć nie zabieram plecaka, a wielką walizkę (w którą nie wiem, jak wszystko zmieszczę), a gitara też zostaje w domu, to już przebieram nogami, bo doczekać się nie mogę. Tego odkrywania nieznanego, przygód mniejszych i większych, wspólnie spędzonego czasu, kiedy zapominamy o całym świecie i liczymy się tylko my. Nasza trójka. 


 A żeby czas jakoś zająć robię gofry. Ale tym razem nieco inne. I chyba całkiem niezłe :)









WYTRAWNE GOFRY:
składniki: (na 6 szt.)
1 szkl mleka
1 szkl mąki pszennej pełnoziarnistej
1 jako (oddzielnie białko i żółtko)
łyżka oliwy + do posmarowania gofrownicy
szczypta soli i pieprzu
suszone zioła, np. bazylia i oregano
1 łyżeczka proszku do pieczenia

Wykonanie:
Białko oddzielić od żółtka i ubić ze szczyptą soli na sztywną pianę. Do żółtka dodać pozostałe składniki i zmiksować. Pianę dodać do reszty ciasta i delikatnie wymieszać. 

Ciasto nakładać na rozgrzane i posmarowane olejem płytki gofrownicy. Piec ok. 4/ 5 min. 
Podawać ciepłe z dodatkami.

A co do takich gofrów? Tu kombinacji jest wiele.
U mnie były:
 ser pleśniowy, pomidory, świeża bazylia
oraz
śmietankowy  serek twarogowy wymieszamy z listkami świeżej bazylii i pokruszone pistacje.


Ja uciekam. Walizki czekają. Wracamy za dwa tygodnie :)
Do zobaczenia na IG :) 









STUDENCKIE CZASY, CZYLI SZYBKI (ALE PYSZNY) OBIAD



Ręka do góry - kto studiował (ale z dala od domu, bo mieszkanie z rodzicami się nie liczy ;))? To pójdźmy dalej - ręka do góry - kto nie raz (i nie dwa) zastawał w lodówce wyłącznie światło? Lub też kto zajadał się kanapkami z majonezem, spaghetti z ketchupem (bo z dodatkiem ziół to już była ekstrawagancja), no  kto? 
Pamiętam te czasy jak dziś, kiedy to kawę piło się litrami (bo  przecież  jakoś trzeba było przetrwać całą noc ucząc się do egzaminu z historii sztuki średniowiecznej). A zdrowa żywność? Kto by sobie nią głowę zawracał, kiedy były inne, ważniejsze sprawy. 
Jak dziś pamiętam ten plecak, który ważył chyba tonę i który ja (metr sześćdziesiąt w butach) dźwigałam na swych barkach przez pół, znienawidzonego przeze mnie wówczas, miasta Torunia, w którym to studiowałam. Przez rok. Bo po roku przeniosłam się tam, gdzie moje serce mieszkało, czyli do Gdańska. A wtedy to już we dwójkę dźwigaliśmy te wypchane po brzegi plecaki, bo wałówa podwójna - od jednej mamy i drugiej. A w nich: słoiczki, dżemiki, obiadki... Łatwiej byłoby napisać, czego w nich nie było. No ale w końcu i zapasy się kończyły (mimo iż żywność racjonowana u nas była) i trzeba było zacząć działać samemu. 
I tak rodziły się pomysły na obiadki - szybkie, proste, ale nawet smaczne. Niektóre z przepisów przetrwały,  i dziś, mimo że już zdrowiej, mniej pospiesznie, to z chęcią do nich wracamy.
A o to jeden z nich: 




spaghetti z tuńczykiem i pomidorami: 
- makaron spaghetti
-1 duża cebula
-ząbek czosnku
-puszka tuńczyka w sosie własnym
-puszka pomidorów krojonych
- 2 łyżki przecieru pomidorowego
- jogurt naturalny
- łyżka soku z cytryny (lub więcej, jak kto woli)
-zioła suszone: bazylia, oregano
-pieprz, sól

Na patelni zeszklić cebulkę, dodać pokrojony drobno czosnek. Następnie dodać tuńczyka, chwilę podsmażać. Dodać pomidory, przecier, a na koniec jogurt i przyprawy. Sos połączyć z ugotowanym makaronem, skropić sokiem z cytryny. 
 
 
 
Bon apetitt!

Banał, prawda? Ale może jest tu jakiś biedny, głodny student, który się skusi :)




CIASTO W ŚRODKU TYGODNIA? CZYLI KOLEJNY ROK ZA MNĄ...


Tik, tak, tik, tak. Minął kolejny rok (nie, nie pomyliłam się, to nie jest spóźniony post noworoczny). Minął on dla mnie. Niby starsza, ale czy mądrzejsza? Hmmm. Dla mnie czas się zatrzymał na wiosenkach w ilości 26. Z jednej strony niby odpowiedzialna matka itd, a z drugiej w duszy cały czas dziecko... Tylko tych zmarszczek wokół oczu jakby coraz więcej...

Co prawda post ten miał powstać w środę. Nie wyszło. Mówi się trudno. Więc jest dziś. Macie plany na jakieś weekendowe ciacho? Nie? No to proszę bardzo.  Nie brownie - bo nie jest ciężkie i zakalcowate. Nie jest też jednak suche. Jest za to mega czekoladowe i puszyste, z wyczuwalną nutką bananową.  Ktoś powiedział, że smakuje... elitarnie... hmmm, to chyba dobrze, nie?









Składniki:
180 g masła
4 jajka
ok. 200 g mąki pszennej
1 łyżeczka sody lub proszku do pieczenia
2 duże banany
pół szklanki mleka
 1 tabliczka gorzkiej czekolady (najlepiej minimum 70%)
3 łyżki kakao
0,5 szkl cukru/ ksylitolu


Przygotowanie:
-W rondelku roztopić masło. Dodać połamaną na kostki czekoladę, poczekać do jej rozpuszczenia. Dodać mleko.  
- Zblendować banany.
- W misce ubić na biały puch jajka z cukrem. Cały czas ubijając, dodać ostudzone masło z czekoladą. Następnie przesianą z kakao i sodą mąkę. 
-Na koniec dodać zblendowane banany - wszystko delikatnie wymieszać.
(i tu stwierdzam, że super pasowałaby dodana jeszcze skórka z pomarańczy)
- Wylać na wyłożoną papierem do pieczenia blaszkę (25-35cm).
- Piec 25 min w temp. 180 st.




Enjoy! 


NALEŚNIK PIECZONY - POMYSŁ NA WEEKENDOWE ŚNIADANIE



 Od śniadań, to w naszym domu jestem ja. Już dawno przestałam marzyć o śniadaniach do łóżka (ale nie podanych przeze mnie ;)
Bo ileż to razy zażyczyłam sobie urodzinowe/ walentynkowe/ imieninowe itd. śniadanie? 
A zazwyczaj efekt był taki, że albo niecierpliwie przewracałam się z boku na bok, by w końcu mój M. już się obudził i zrobił mi to śniadanie, albo po prostu wstawałam i zła szłam robić je sama. 
Teraz już nauczyłam się, że mój mąż nie jest w stanie obudzić się przede mną ;) Po prostu.
 Ale nie złoszczę się. Po prostu skupiam się na jego innych zaletach :)

Śniadanie, to zdecydowanie mój ulubiony posiłek w ciągu całego dnia. Przede wszystkim dlatego, że zawsze jemy je razem. Uważam, że jesteśmy szczęściarzami, że mamy tę możliwość :) 
Drugim powodem jest to, że uwielbiam co rusz, wymyślać jakieś nowe propozycje. 
A to różnego rodzaju owsianki, zupy mleczne, sałatki owocowe, kanapeczki, jajka w różnych postaciach, placuszki... mogłabym tak wymieniać i wymieniać. 

Dzisiaj  - naleśnik pieczony. Idealny na weekendowe śniadanie, kiedy mamy więcej czasu, kiedy możemy snuć się powoli w szlafroku, ze "śpiochami" w oczach i rozczochranymi włosami ;)
Przygotowuje się go naprawdę szybko. Trzeba jednak dodać czas pieczenia. Jednak, nie musimy stać przy patelni i przewracać placuszków, a w tym czasie możemy robić zupełnie inne rzeczy (choćby podjąć próby ogarnięcia czupryny ;))


 





Składniki na formę do tarty:

3 jajka,
330 ml mleka,
7 łyżek mąki żytniej pełnoziarnistej + 2 łyżki mąki pszennej,
łyżka cukru/ ksylitolu/ miodu (wielbicielom słodkich smaków radzę dodać więcej),
łyżeczka sody lub proszku do pieczenia,
sól,
owoce: u mnie 2 jabłka + garść mrożonych jagód

Wykonanie:
Białka oddzielić od żółtek. Ubić białka ze szczyptą soli na sztywną pianę. 
Do żółtek dodać mleko, mąkę, sodę, cukier - wszystko zmiksować.
Dodać pianę. Delikatnie wymieszać.
Ciasto odstawić na chwilę, by odpoczęło.

Na koniec dodać owoce (jabłka pokroić w kostkę).
Masę wylać na natłuszczoną olejem formę.

Piec w piekarniku nagrzanym do 180 st przez ok. 30 minut (do suchego patyczka).

Podawać polany syropem klonowym /posypany cukrem pudrem lub tak jak uwielbiam, obficie  cynamonem.


SMACZNEGO!


O ZDROWEJ ŻYWNOŚCI I O TYM, JAK TRUDNO IŚĆ POD PRĄD


A to ciasto,to chyba nie z "normalnej"mąki? Nie, z takiej dla dziwolągów...

Z jednej strony panuje obecnie swego rodzaju  "moda" na bycie eko, na bycie wege, a gluten czy mleko krowie traktowane są jako samo zło.
Z drugiej jednak, są też tacy, którzy mają inną alergię. Alergię na..."zdrową żywność". Gdy tylko słyszą, że coś ma w nazwie zdrowe, z góry zakładają, że jest niesmaczne. No bo, jak coś, co zdrowe, mogłoby takie być? NO WAY!

Nie jestem weganką, wegetarianka, nie jestem na diecie bezglutenowej, a krowie mleko wręcz uwielbiam i żadne roślinne mi go nie zastąpi.
Nasza kuchnia nie jest jednak "typowo" polska. Schabowego nasza patelnia nie widziała już chyba z rok, żebereczek, karkóweczki- nigdy.
Wychowałam się w domu,  w którym panowała bardzo tradycyjna, polska kuchnia. Dość ciężka. Nie da się ukryć. Taka panuje tam nadal. Ja, gdy zainteresowałam się gotowaniem, zaczęłam szukać czegoś innego. Lubiłam eksperymenty, odkrywanie nowych smaków, nowych składników.
 Ciąża skłoniła mnie jednak do jeszcze większych zmian. Okazało się, że mam "lekką" cukrzycę ciążowa. Moje wyniki nie były straszne, jedynie lekko podwyższone. Ja oczywiście naczytałam się różnych rzeczy o ewentualnych jej konsekwencjach  i jak to ja, zastosowałam radykalną dietę.
Pieczywo, makarony,  ryż i inne zboża - jedynie razowe. Wyeliminowałam zupełne produkty o podwyższonym indeksie glikemicznym. Cukier zastąpiłam ksylitolem. Słodycze? Ewentualnie kosteczka gorzkiej czekolady (min. 70 % kakao).
Początki były straszne. Gdy udawaliśmy się do rodziny lub znajomych w odwiedziny, a tam czekał na nas świeżutki serniczek, albo czekoladki...dostawała ślinotoku. Miałam ochotę płakać. Byłam wściekła, że spotkało mnie coś takiego...
Marzyłam o słodyczach. Mówiłam, że jak już urodzę, to pierwsze co zrobię, to upiekę sobie czekoladowy tort i zjem go sama! :)
Nastąpiła "godzina zero". Pojawił się Filip. A tortu jakoś  nie zrobiłam.

Dziś już nie śnią mi się słodycze. Spokojnie przechodzę obok nich w sklepie i już jakaś tajemnicza "siła" nie mówi: "weź mnie" ;)

Smak zmienił się również mojemu mężowi. I teraz wszystko jest dla nas za słodkie (nawet sok pomarańczowy ;))
No i mamy teraz problem - ciasta mamy czy teściowej- już nie smakują, jak dawniej. Prezenty w postaci czekoladek i innych słodkości - odkładamy i wręczamy innym, bo sami nie możemy na nie patrzeć, a co dopiero je jeść.

Problem jest jeszcze jeden.
Okazuje się, że wychowanie dziecka bez nadmiaru cukru wcale nie jest takie proste. Chociaż nie, w sumie powinnam powiedzieć inaczej. Jest proste, gdy przygotowuje się wszystko samemu. Bo niestety, większość sklepowych produktów przeznaczonych dla dzieci ma w składzie cukier.
 Przypuszczam, że po to, by te dzieci od tego smaku uzależnić, by stały się "idealnymi" konsumentami, które nie przejdą obojętnie obok słodyczy znajdujących się przy kasie w markecie.

Nie jesteśmy jednak radykałami. Nie jest tak, że słodyczy nie jemy. Oczywiście, że jemy i je uwielbiamy. Jednak są to domowe słodkości (czytaj: słodkości wg nas, bo wg niektórych to one słodkie z pewnością nie są ;p).
Niestety, nie do końca rozumieją nas też inni. Zwłaszcza "starsze pokolenie". Dla nich widok wnuka zajadającego się czekoladkami czy przeznaczonymi dla dzieci "kinderkami" to sama radość.
I tylko słyszę niekiedy: "a mama dała ciasteczko"? a mama pewnie nie pozwoli dać czekoladki..."

No cóż...
Coś czuję, że prawdziwa walka jednak dopiero przed nami. Przedszkole, szkoła, rówieśnicy i inne "zdrowe" batoniki, kanapki, jogurciki...
ech...


Dlatego dzisiaj ciasteczka: zdrowe, owsiane, chrupiące, pyszne :)
Na których widok Filip mówi "mniam mniam", a serce matki się raduje ;)







Jakby ktoś był zainteresowany przepisem (choć jestem pewna, że już takie nieraz robiłyście):

składniki: 
3 jajka, 
100 g masła,
1 szkl płatków owsianych,
1,5 szkl mąki pszennej lub żytniej pełnoziarnistej,
cukier/ miód/ ksylitol - ilość wedle uznania (ja dałam ok. 3 łyżek),
+ dodatki - co kto lubi: pestki dyni, ziarna słonecznika, suszona żurawina, rodzynki, siemię lniane, sezam...

Z podanych składników zagnieć ciasto. Odrywaj małe kawałki i spłaszczaj w dłoniach. Ułóż na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i piecz ok 15 min. w temp. 180 st. 

Najlepiej smakują z ciepłym mlekiem.




I ZNOWU O CZASIE...


Jakoś tak nostalgicznie się u mnie ostatnio zrobiło.

Bo w głowie mnóstwo różnych myśli. Czegoś by się chciało. W sumie nie wiadomo do końca czego. 
Różne pomysły kłębią się, kotłują, chciałyby wyjść, ujrzeć światło dzienne. 
Jednak coś im nie pozwala. To czas. A raczej jego brak. 
Chociaż nie. To nie brak czasu. To raczej mały człowieczek uwieszony na mojej nodze, wołający na na, na na, na na... (czyli ja - mama) ;)

Ludzkość to dziwny gatunek. 
Generalnie nieustannie lubi wyszukiwać sobie nowe problemy. 
Niby wszystko jest dobrze. Wszystko się układa, ale zawsze jakiś niedosyt. Zawsze czegoś brakuje. Chce się więcej i więcej...

Weźmy taką mnie. Cudowny mąż, cudowny syn, fajny dom... a jednak...
Codzienność niekiedy przytłacza. Każdy dzień taki sam. Czeka się z utęsknieniem na weekend, który tak szybko mija. 
Chciałoby się zrobić coś więcej. Być kimś więcej. 
Dzisiejszy świat jest brutalny. Trzeba być super matką, super żoną, super kochanką, super panią domu...
ale to nie wszystko. Bo przecież nie samym domem żyje kobieta. Jest jeszcze super bizneswoman, super laska... i nie wiadomo co tam jeszcze...

I chyba dlatego, tyle myśli ostatnio chodzi mi po głowie. 

Ale ja cichutko zaprotestuję. 
Pozostanę sobie na razie tylko matką i żoną. A no tak, i panią domu.
Chociaż... może nie TYLKO, ale AŻ :)

Zatrzymam się. Pozwolę sobie trochę dłużej poleżeć z synem na podłodze, trochę dłużej obserwować z nim przez okno otaczający świat, trochę dłużej "tulkać" się i wygłupiać bez opamiętania...  

Pozwolę sobie celebrować śniadania ( i te pierwsze i te drugie) nie tylko w weekendy, a codziennie.  


Pozwolę sobie cieszyć się tym, co tu i teraz. 
 



















NIE PIERNICZ...



 ... że nie masz czasu, że nie potrafisz...
Jeśli chcesz poczuć zapach Świąt już dziś... zrób sobie piernik ;)
Już od kilku lat, wraz z początkiem adwentu łapię za, chyba najprostszy przepis na piernik, jaki może być i piekę (jego wykonanie naprawdę zajmuję z 10 min). 
A w całym domu.. roznosi się taki zapach, że mam ochotę śpiewać kolędy i stroić choinkę :)
Dodam tylko, że ciasto, nie dość że dziecinnie proste w wykonaniu, to jeszcze pyszne (jeśli lubicie pierniczki katarzynki, to z pewnością będzie Wam smakowało).






 
 

A o to przepis:

Składniki:
2 szkl mąki (ja użyłam pszennej, pszennej pełnoziarnistej oraz  żytniej)
2 jaja
pół szklanki cukru lub ksylitolu (jeśli ktoś lubi słodkie ciasta, to radzę dodać nieco więcej)
1 szkl mleka 
2 łyżki kakao
1,5 łyżeczki sody lub proszku do pieczenia
pół szkl oleju
3 łyżeczki przyprawy do piernika
pół szkl powideł śliwkowych

dodatkowo: pół tabliczki gorzkiej czekolady  (lub mlecznej- dla nas jest ona jednak za słodka)

Wykonanie:
Jajka utrzeć z cukrem na puch. Dodać olej, mleko, mąkę, proszek, kakao oraz przyprawę do piernika. Wszystko wymieszać. Na koniec dodać powidła. Ciasto będzie dosyć płynne.
Przelać do wyłożonej papierem do pieczenia formy (u mnie 13x40 cm) i piec w temp. 175 st przez ok. 45 min (do tzw. suchego patyczka).

Dodatkowo, jeśli użyjecie małej formy i ciasto Wam wyrośnie wysokie, możecie przełożyć je powidłami :)

Gdy piernik ostygnie rozpuścić czekoladę w kąpieli  wodnej i polać nią ciasto.

Smacznego!